Od niedawna w otchłaniach kinowych czeka na nas nowy, świeży wizerunek Sherlocka Holmesa, żwawego i, powiedzmy sobie szczerze, ekscentrycznego do granic możliwości hulaki-geniusza, mającego w swym arsenale zestaw niekonwencjonalnych narzędzi do rozwiązywania najcięższych zagadek kryminalnych. Nieokrzesany, mający za nic podstawowe zasady kultury osobistej, niekiedy brutalny, genialny zawsze – detektyw stojący u progu trudnej, tajemniczej sprawy, w którą zamieszani są czarnoksiężnicy i moce z piekła rodem. Wraz ze swoim odwiecznym kompanem, doktorem Watsonem, stawia czoła nieznanemu. Jak im się to udaje? I jak, u licha, Guy Ritchie, którego wcześniejsze filmy – świetne skądinąd – charakteryzowały się typowym, angielsko-gangsterskim posmakiem, zdołał wyczarować tak sugestywną i przekonującą scenerię dziewiętnastowiecznego Londynu?
Podchodziłem do tego filmu z obawą. Bałem się, że zobaczę charakterystyczne hollywoodzkie „mordobicie”, przerost formy nad treścią, i w końcu najgorsze – zredukowanie Holmesa do, co tu kryć, postaci brutalnego prostaczka. Niech słowa prawdy ujrzą światło dzienne – zawiodłem się na sobie. Jak w ogóle śmiałem wątpić?!
Już pierwsza scena pokazuje, ile omyłek potrafi wyprodukować umysł przeciętnego pożeracza filmów – w tym przypadku mój własny. Sherlock jakiś taki... inny niż moje odwieczne wyobrażenie o postaci detektywa, żwawy, silny i, co najważniejsze i najsmakowitsze w całym tym niepospolitym daniu, genialny w najczystszej formie. Od samego początku wiemy, z kim mamy do czynienia. Wygląda na to, że dedukcja to nieodłączna metoda tego śmiałego bohatera, posługuje się nią w każdym momencie. Zdaje się wręcz oddychać inteligentnymi, niekończącymi się analizami. Niech za dobry, choć pozornie z innej beczki, przykład posłuży świetna scena walki na ringu. Ułuda i zgrabna iluzja nałożone przez reżysera na widza, po czym lekkie łechtanie zmysłów, myśli, trochę czarów i... wreszcie kulminacja drobnych elementów, które powodują istną rozkosz. Sherlock walczy, udaje i jednocześnie kalkuluje każdy najmniejszy szczegół, dostrzega błędy, słabości i wady przeciwnika. Robi to perfekcyjnie. W końcu realizuje plan z idealną dokładnością, z precyzją chirurga zadając z góry przewidziane ciosy. Naturalnie, nie tylko boksujący detektyw godzien jest uwagi w całym filmie. Sądzę, że każda scena, każde wręcz ujęcie ma w sobie to coś, jest cząstką szerszej całości, która napawa widza coraz bardziej rosnącym zachwytem.
Słowo o fabule. Akcja filmu nie jest zbyt zaskakująca ani też nie wymaga od widza specjalnego wysiłku umysłowego. lecz idealnie pasuje do klimatu i ogólnej atmosfery całej historii oraz charakterów bohaterów. Mamy tu do czynienia z wielkim złem, powoli opanowującym coraz to nowe obszary władzy, sięgającym wyżej i wyżej, a wszystko to podszyte jest motywami znanymi światu od zawsze. Dwóch bohaterów, Sherlock Holmes i John Watson, stawia czoła wszelkim przeciwnościom, rozwiązując w błyskotliwy, niekonwencjonalny sposób kolejne zagadki i, nierzadko, uciekając się do mniej subtelnych metod, tak perswazji, jak i działania, korzystając z brutalności w najczystszej fizycznej postaci. Jako ciekawostkę dodam, że z zapachu danego miejsca można naprawdę sporo wyciągnąć, co też detektyw Holmes udowadnia niejednokrotnie podczas śledztwa. Jego dedukcje wydają się nieprawdopodobne, a sam sposób odkrywania prawdy magiczny, lecz po chwili ujawnia się pełnia racjonalizmu i czystej logiki.
Londyn to miasto ogromne i pełne ruchu, co widać za każdym razem, gdy akcja dzieje się w plenerze. Tłumy ludzi, manifestacje fanatyków, brud dzielnic handlowych i doków – ogromnie przekonujący obraz tego świata doskonale do mnie przemówił. W tamtym momencie pragnąłem dosłownie poczuć ów słynny smród ryb na targu, ścisk ludzi w zatłoczonej uliczce, dotknąć ścian starych budynków czy wreszcie wejść do domu Holmesa i tam, w tej świątyni geniusza, zamieszkać choćby na jeden dzień, popijając herbatkę pani Hudson. Ba, przeszło mi nawet przez myśl, żeby zbudować wehikuł czasu i cofnąć się do tego pięknego okresu, lecz o tym może innym razem...
Idąc dalej, grzechem byłoby nie wspomnieć o niesamowitej oprawie dźwiękowej filmu. Muzyka Hansa Zimmera, pięknie rozbrzmiewająca w wielu widzianych przeze mnie obrazach, tutaj spisuje się znakomicie. Stwierdzenie, że bez muzyki nie byłoby klimatu filmu, wydaje się banalne, więc napiszę inaczej: bez TEJ muzyki nie byłoby w ogóle filmu. To właśnie te utwory, ta muzyka, te dźwięki i odgłosy posłużyły za sugestywny i delikatny, a jakże potrzebny, szew łączący wszystkie drobne elementy w perfekcyjną całość.
I kwestia najważniejsza, tytułowy bohater – sławny Sherlock Holmes. Bóg mi świadkiem, że znalazłszy choćby jedną wadę w tej kreacji, musiałbym przekląć sam siebie, bo skłamałbym niemiłosiernie i oszukał swe sumienie. Robert Downey Jr. spisał się doskonale. Prezentuje to swoje specyficzne poczucie humoru, którym wciąż emanuje na ekranie, urzekając widza i wodząc go za nos po krainie fantazji. Komiczne pozy, gesty, sposób mówienia i ogólnie bycia nie pozostawiają mnie obojętnym. Muszę przyznać, iż zagrał idealnie, bo był wprost stworzony do tej roli. Holmes grający na skrzypcach, eksperymentalnie trujący psa, mówiący zawsze to, co myśli, przenikający swą dedukcją rzeczywistość wzdłuż i wszerz nie pozostawia wątpliwości – to postać genialna i wybitna.
To wszystko razem – wszechobecność różnorodnych smaczków (choćby i niepozorny pies przyjaciół służący za obiekt badań nowych mikstur Holmesa), niebanalny humor, pani Hudson przynosząca herbatkę, cięte wypowiedzi obu bohaterów, doborowa postać Watsona, pozornie nudnego i opanowanego lekarza, który okazuje się, podobnie jak detektyw, żądnym przygód awanturnikiem – składa się na przyjemny, intrygujący świat, w który zostałem bez przeszkód i oporów kompletnie wciągnięty. Do dziś w moich uszach rozbrzmiewa muzyka towarzysząca napisom końcowym, zaś przymykając oczy, widzę wyraźnie ów dziewiętnastowieczny Londyn. Londyn Sherlocka Holmesa.
10
Korekta: Bożena Pierga
















