poniedziałek, 01 lutego 2010 09:18

Prawda (nie) wyzwala

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Jak wygląda przeciętny użytkownik machiny zwanej komputerem? Ano, siedzi takowy najczęściej przed swym okienkiem na świat i czyta tudzież przegląda informacje pochodzące z dosłownie każdego zakątka globu. Wszędzie ma dostęp do wszystkiego: brak ograniczeń, brak cenzury, brak blokad indukują możliwość obserwacji świata bez przeszkód.

Każde ludzkie istnienie w cywilizowanej części globu może dowiedzieć się o ogromnej ilości najróżniejszych rzeczy, na wyciągnięcie ręki ma bowiem ogromne bazy wiedzy. Wystarczy tylko po nie sięgnąć. Istnieje oczywiście określony zakres informacji, dane tajne i nieprzeznaczone dla postronnych pozostają w ukryciu, dzięki czemu wszystko chodzi jak w zegarku.

Ślicznie, prawda? Tak, zazwyczaj w teorii wszystko jest doskonałe. Śmiem wysnuć śmiałe przypuszczenie, iż zdecydowana większość jako tako ogarniętych użytkowników internetu (zwanych poniekąd internautami) zdołała się na własnej skórze przekonać o jednej z niechlubnych cech internetu, jaką jest kłująca w oczy, nie tyle nierzetelność, co dziwna prawidłowość, mająca coraz bardziej wyraźne uzewnętrznienie w ostatnim czasie. A jest to wszechogarniający, wypychający coraz więcej zakamarków sieci i rozszerzający się w ogromnym tempie chłam informacyjny. Tak, jak wśród ludzi istnieje spora grupa zwana potocznie motłochem, tak i w informacjach znaleźć można niejedno bagno. Dodajmy do tego chaos, typowy czynnik ludzki i celowe działania dezinformacyjne a otrzymamy naprawdę niezłe, paskudne narzędzie zagłady rozumu. Inna rzecz, tycząca się dzisiejszego odcinka, ma jednak więcej wspólnego z informacją prawdziwą, ale za to ukrytą przed niepożądanymi oczętami niczego nieświadomej masy ludzkiej.

Od wieków tajemnice intrygowały ludzi, od wieków człowiek szukał czegoś więcej, niemal podświadomie pożądał sekretów ukrytych w tajnych skrytkach, poufnych archiwach i niewygodnych dokumentach. Wyobraźnie wielu pisarzy i artystów dryfowały wokół potencjalnych znalezisk, mogących odwrócić cywilizacyjny światopogląd o sto osiemdziesiąt stopni i zmienić rozkład sił u szczytu władzy. Jedno jest pewne, im natarczywiej i dalej zaglądali ciekawscy, tym bardziej rządy się tajemnic wypierały, chowając je jeszcze głębiej.

Niech przeciętny Kowalski się zastanowi w tym momencie nad sprawami, które będąc u szczytu władzy chciałby ukryć. Co mogłoby zagrozić jego jestestwu na tak wysokiej pozycji, co spowodowałoby, że filary systemu rządzenia, nad którymi pracował latami, wykorzystał do ich stworzenia wszystkie możliwe narzędzia propagandy i manipulacji, załamałyby się i runęły w pył? Protip: Żyjemy w świecie informacji. Myśl Kowalski, myśl!

Taka sytuacja teoretycznie miała szansę zaistnieć, gdy cierpiący na lekką odmianę autyzmu - zespół Aspergera, Gary McKinnon, bezrobotny brytyjski administrator sieci, dokonał w 2001 roku największego w historii włamania do militarnych systemów informatycznych Stanów Zjednoczonych, obchodząc zabezpieczenia, oficjalnie, prawie stu komputerów należących do najróżniejszych, ważnych i poważnych instytucji wojskowych. Czego szukał? Co chciał udowodnić? I czy faktycznie, jak ogłosił rząd USA, poczynił zniszczenia na ponad 800 000 dolarów?

Jeśli mam do wyboru, z jednej strony zaufać Amerykanom i ich odwiecznie pokręconym, kłamliwym sądom, zaś z drugiej uwierzyć człowiekowi, bądź, co bądź pokrewnemu duchem wielu z nas - ciekawemu świata, nieuginającemu się pod presją kłamliwych informacji medialnych i chcącemu poznać prawdę, to zgadnijcie, co wybiorę. 9/11, Afganistan, Irak - żeby daleko nie szukać, to jaskrawe, prawdziwe i, co najważniejsze, chyba na tyle wyraźne przykłady działania Stanów Zjednoczonych, by przeciętny człowiek zdołał zdobyć się na chwilę refleksji nad siedzącą u tronu świata władzą i zakwestionował trafiającą do niego oficjalną papkę.

Haker, który nie określa się jednak tym mianem, ciekaw prawdy i szukający jej często na granicy prawa, w ciągu paru lat penetrował rządowe komputery celem znalezienia odpowiedzi na pytania, które już wielu ludzi przed nim zadało i na temat, których powstały najróżniejsze, mniej lub bardziej prawdopodobne teorie. McKinnon, jak sam powiedział w jednym z wywiadów, polował na informacje nie tylko dowodzące istnienia pozaziemskiej cywilizacji, ale również szukał wszelkich danych o technologii, dzięki której ludzkość mogłaby pozyskiwać całkowicie darmową i bezpieczną energię. Jak twierdził, rząd od dawna jest w posiadaniu takich rozwiązań technicznych, które jednak trzyma w ukryciu. Oprócz darmowej energii, istnieje też technologia obcych oraz antygrawitacja, które człowiek zdołał poznać i zrozumieć dzięki inżynierii wstecznej zastosowanej na statku kosmicznym przybyszów z kosmosu. Nie trzeba mieć dużej wyobraźni, by zdać sobie sprawę jak wykorzystanie takich innowacji zrewolucjonizowałoby życie na Ziemi.

Czegóż jeszcze dowiedział się McKinnon? Odkrył, że słowa jednego z członków niejakiego stowarzyszenia Disclosure Project, znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Osoba ta była kobietą - ekspertem do spraw fotografii w NASA i była związana z ludźmi zajmującymi się wymazywaniem niewygodnych materiałów ze zdjęć. McKinnon znalazł na jednym z komputerów foldery nazwane odpowiednio "filtrowane" i "niefiltrowane", "obrobione" i "surowe" (filtered, unfiltered, processed, raw). Wyciągnął z nich jedno zdjęcie, zważywszy jednak, iż korzystał z wolnego, modemowego połączenia zdalnie skonwertował uprzednio obrazek do mniejszego rozmiaru i wyświetlił na ekranie. To, co zobaczył, było, jak powiedział, "kulminacją wszystkich jego wysiłków". Zdjęcie przedstawiało coś, co definitywnie nie było stworzone przez człowieka. Powyżej powierzchni Ziemi, podobnie do satelity, unosił się obiekt kształtu cygara, posiadający cztery okrągłe elementy po każdej stronie. Sam Gary przyznawał, że mógł to być podrobiony obraz lub zwykły zbieg okoliczności, lecz jednak to, co zobaczył doskonale pokrywało się ze słowami kobiety. Pytany o dowody na poparcie swych słów, odparł, że nie mógł zapisać obrazu, gdyż korzystał ze zdalnej, wizualnej transmisji z rządowego komputera, zaś przekazywany stamtąd obraz nie był zapisywany w pamięci. Z czegóż mógł korzystać, jeśli nie z programu w rodzaju klienta VNC służącego do zdalnej pracy na innym stanowisku, co składa się na proste wytłumaczenie, dlaczego nie było możliwe udowodnienie żadnych innych jego znalezisk. Haker wspominał też, że podczas jednego z cyfrowych "wypadów" został nakryty przez człowieka zajmującego się siecią, do której się włamał. Ów pracownik zapytał intruza (pisząc w edytorze tekstu), co on tu robi, zaś Gary odpowiedział, że jest specjalistą wojskowym od bezpieczeństwa komputerowego. Co dziwne, administrator uwierzył mu i na tym cały kontakt między nimi się zakończył. Naciągane, dziwne, ale jakże przecież możliwe.

Haker, zapytany w jaki sposób dokonał tylu włamań, odpowiedział, że nie korzystał z żadnych wyspecjalizowanych narzędzi. Dostęp uzyskiwał dzięki prostemu skryptowi napisanemu w języku Perl, który wyszukiwał komputery bez ustawionego hasła logowania, lub posiadające domyślne - czyli na dobrą sprawę żadne - zabezpieczenie. Aż nie chce się wierzyć, że największe agencje bezpieczeństwa USA mogły wykazać się takim brakiem profesjonalizmu i, co tu się rozwodzić, głupotą oraz ignorancją w podstawowych kwestiach zabezpieczeń.

Najdziwniejsze, a zarazem dość bulwersujące wydają się dalsze losy hakera. Początkowo, mający odpowiedzieć prawnie na postawione zarzuty włamania przed rodzimym sądem, Gary McKinnon mógł zostać skazany na góra sześć miesięcy więzienia na mocy tzw. Computer Misuse Act, czyli aktu dotyczącego nadużyć komputerowych. Został jednak zwolniony i bez konsekwencji prawnych żył w spokoju przez trzy lata. Dopiero w Czerwcu 2005 roku, gdy USA podpisało nowe porozumienie z Wielką Brytanią dotyczące ekstradycji, pojawiły się pierwsze problemy. Poza codziennymi wizytami na komisariacie i zakazem używania komputera z dostępem do internetu, zagroziła mu ekstradycja i nowy proces w Stanach. Chyba wszyscy znają kumulację wyroków, która istnieje w tamtejszym prawie. McKinnon mógł dostać łącznie 70 lat odsiadki w jednym z najcięższych amerykańskich więzień - Guantanamo. Cóż, nie wiem jak wam, drodzy czytelnicy, ale mnie coś tu śmierdzi. Zwłaszcza, że USA nie było w stanie dostarczyć żadnych twardych dowodów na szkody popełnione przez hakera, ani jawnie udowodnić niczego więcej niż wykazanie własnej ignorancji i niekompetencji. Bardzo możliwe i jak sądzę logiczne zdaje się powiązanie wydumanej kwoty dotyczącej nieistniejących zniszczeń spowodowanych przez Gary'ego z jego ekstradycją, bowiem jest to doskonały powód, aby takową wprowadzić w życie. McKinnon broni się dzielnie do dzisiejszego dnia, lecz, kto wie, jak uparty może się okazać rząd amerykański. Kolejne apelacje są odrzucane, nawet kwestia złego stanu zdrowia oskarżonego nie przekonuje wymiaru (nie)sprawiedliwości. Nie wszystko jednak maluje się w tak ciemnych barwach. Istnieje bowiem silny front wsparcia dla hakera. Powstało wiele stron internetowych opowiadających się za zniesieniem wyroku ekstradycji, wiele światowych sław staje w obronie za Garym, nawet brytyjski tabloid The Daily Mail rozpoczął oficjalną kampanię w tej sprawie.

Co do tajemniczych technologii, to sprawa jest niepewna. Jasne, znajdą się tacy, którzy pomyślą, iż wymienione przeze mnie rewelacje są śmieszne i głupie do bólu. Ja jednak powiem, że wyglądają dostatecznie nieprawdopodobnie by istnieć naprawdę. Niektórzy sądzą, że gdyby pojawiła się faktyczna możliwość wytwarzania czegoś tak fantastycznego i zarazem niezwykle potrzebnego jak darmowa energia, to natychmiast to odkrycie zostałoby zaimplementowane wszędzie i dla każdego. Bzdura, wyobraź sobie, drogi Kowalski, że jesteś szefem największego koncernu naftowego i w związku z tym co roku obracasz dziesiątkami miliardów dolarów. Pojawia się wspaniała technologia zmieniająca świat na lepsze, a ty, cały zarząd i wszyscy biznesmeni powiązani z tą branżą tracicie źródło dochodów.

Cóż. Wypada mieć nadzieję, że świat dużych, bogatych chłopców z zabawkami kiedyś dojrzeje do odpowiedniego poziomu i zrobi to, czym powinien się zająć już dawno. Zachowa się jak na cywilizowanych, nowoczesnych ludzi przystało. Jednak, jak widać to doskonale choćby po opisanym przeze mnie dzisiaj przykładzie Gary'ego McKinnona, musimy długo poczekać zanim nastąpi poprawa myślenia rządzących.

2 komentarze

  • Odnośnik do komentarzy sobota, 06 lutego 2010 11:25 Umieszczone przez: anty-saint

    ty wyżej, głupi jesteś.

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy środa, 03 lutego 2010 13:37 Umieszczone przez: saint gerome

    antychryści, patrzcie na pentagon, jaki ma kształt? głowy bafometa, z rogami. tego od templariuszy i różokrzyzowców.

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz