Maria budzi się w opustoszałym, zrujnowanym gotyckim pałacu. Pamięta, że została okradziona przez dwie żebraczki, z którymi piła dzień wcześniej. Pamięta, że do miejsca, w którym się znajduje, przybyła w poszukiwaniu córki. Dziewczyna miesiąc wcześniej uciekła z domu. Niemal w tej samej chwili pojawia się przy niej ośmioletnia dziewczynka i błaga ją o pomoc. Nie potrafi jednak powiedzieć, kim jest i co się jej przytrafiło. Maria zabiera ją na posterunek, gdzie orientuje się, że każdy, kogo spotkają, zapomina je natychmiast, gdy straci je z oczu.
Ja, jak przystało na człowieka XXI wieku, jestem chyba już nieco zblazowana. Niełatwo mnie zaskoczyć, niełatwo zachwycić. Większość rzeczy przyjmuję z aprobującą lub negującą, acz chłodną obojętnością. Coraz rzadziej zdarzają mi się momenty, kiedy odczuwam chęć nieodpartego wykrzyczenia: „WOW, no naprawdę… WOW”. Coraz rzadziej zdarzają się książki, po których przeczytaniu nie wiem, co mam o nich myśleć. A powieści, po zapoznaniu się z którymi nie potrafię już myśleć tego, co myślałam wcześniej, nie zdarzają mi się już prawie wcale. I nagle trafia się właśnie taka powieść. Książka, która kompletnie mnie ogłupia.
No dobrze, ale przecież znam te teorie. Nie są dla mnie nowością. Pięć lat wbijali mi do głowy, że rzeczywistość nie istnieje. To tylko każdy z nas nosi w sobie własny obraz świata, dlatego nigdy do końca się nie porozumiemy, bo każdy z nas widzi, rozumie i tłumaczy sobie wszystko inaczej. Przecież wiem, że język nie oddaje świata. Ba, język nawet nie oddaje przedmiotów, które jedynie nieudolnie stara się określać. I przecież doskonale zdaję sobie sprawę, że nie ma czegoś takiego jak prawda. Choćby o głupie definicje kolorów jesteśmy w stanie wydrapywać sobie oczy. Jeden widzi turkusowy, drugi morski, trzeci niebieski, czwarty zielony. Kto ma rację? Nikt. I wszyscy. Bo wszystko jest umowne. Wiem, że są „na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom”, a ułomny człowiek opanował do perfekcji parszywą umiejętność przykrawania zjawisk do tego, co chce widzieć, co może zaakceptować i co potrafi wytłumaczyć. Niby to wiem, a realizacja wszystkich tych założeń dokonana przez Krzysztofa Kotowskiego pokonała mnie, rozłożyła na łopatki
i pozostawiła mi jedynie możliwość powiedzenia: „WOW, no naprawdę… WOW”.
A kto sądzi, że cały powyższy wywód jest po prostu nie na temat, niech weźmie do ręki
„Krew na Placu Lalek”.
Jeszcze tylko jedna drobna uwaga. Tej książki nie można czytać
w pociągu/autobusie/tramwaju, bo na pewno przegapicie swój przystanek. Ta powieść wciąga tak, że nie radzę zaczynać lektury, jeśli nie macie dość czasu, by dotrzeć do ostatniej strony. Ta książka nie jest kryminałem. Trupa… nie ma. A jedyne, co możemy zrobić, to jak w przypadku „Powiększenia”, zaakceptować, że nagle zaczynamy słyszeć piłkę tenisową, którą odbija dwoje mimów. Tylko jak możemy ją słyszeć, skoro nie istnieje?
Korekta: Paulina Koźbiał
Książkę można kupić m. in. TUTAJ.


































































