M. D.: Wiem, iż z wykształcenia jesteś historykiem literatury i można by powiedzieć, że bibliofiolem. Zdradź nam, co skłoniło Cię, żeby zostać pisarzem?
A. J.: Kierunek był raczej odwrotny, o tym, że chcę pisać, wiedziałam od dziecka. Książki od zawsze były najważniejszą częścią mojego życia i odkąd pamiętam, nie wystarczało mi ich czytanie. Chciałam pisać, wymyślać swoje historyjki. A na polonistykę trafiłam dlatego, że uznałam, że tam mi do książek będzie najbliżej. Myślałam, że może się dowiem, jak pisać lepiej niż dotychczas. A jeśli nie, będę miała mnóstwo książek do czytania. W tym ostatnim akurat się nie pomyliłam.
Pomysł na powieść narastał powoli, czy było to nagłe olśnienie?
Chodził mi po głowie jakiś czas. Na początku był pomysł na Dorę i scenę otwarcia. Później dołączyłam moich starych bohaterów, Mirona i Joshuę i dalej poszło już bardzo szybko, bo ta trójka niejako „rozstawiła akcję” w 1. tomie.
Czy spodziewałaś się, że Twoja książka spotka się z aż tak pozytywnym wydźwiękiem?
Nie. Nadal jestem tym oszołomiona. Gdy dostaję maile od fanów lub czytam wpisy na forum Gavranu czy innych, trafiam na bardzo pozytywne recenzje, po prostu się czerwienię i nie mogę w to uwierzyć. Marzyłam, by napisać książkę i wydać ją, nie śmiałam marzyć o tak wspaniałych i oddanych czytelnikach. Mam nadzieję, że nie zapomną o mnie za szybko.
Twoje pierwsze wrażenie po otrzymaniu już gotowego, pachnącego farbą drukarską, eleganckiego egzemplarza książki do rąk.
Hm, to był bardzo dziwny moment. Zaspana i przed pierwszą kawą odebrałam przesyłkę z rąk listonosza. Książek spodziewałam się za tydzień czy dwa, a nagle miałam je w dłoniach. Chyba na dłuższą chwilę przestałam oddychać. Musiałam się uszczypnąć, niepewna, czy to mi się nie śni. I spłynęła na mnie pełna świadomość, że tak naprawdę dopiero teraz wszystko się zacznie, bo napisanie i wydanie książki to dopiero początek. I prawdziwy test jeszcze przede mną. Lekki ścisk żołądka pozostał do dziś.
Twoja reakcja na pierwsze recenzje?
Byłam potwornie ciekawa, jak osoby, które mnie nie znają, zareagują na książkę. Bo recenzje moich beta testerów traktowałam z nutą podejrzliwości, przecież trudno się spodziewać, że przyjaciółka i mąż będą szczerzy, czyż nie? Poza tym kochają mnie i nie chcą sprawić mi przykrości. Internauci, jako nacja z natury bezwzględna, nie będą mieli z tym kłopotu. A tu zaskoczenie, recenzje w zdecydowanej większości były bardzo entuzjastyczne. Przez pierwsze kilka dni podejrzewałam, że to cisza przed burzą, że dostanę w kość jakąś druzgoczącą recenzją, po której zapomnę, jak się nazywam. Ale po 3 miesiącach od wydania książki takowa się nie pojawiła. A nawet gdyby zjawiła się teraz, po tylu pozytywnych znakach i sygnałach mam chyba większe zaufanie − do książki i jej czytelników.
Czy charakterystykę bohaterów opierałaś na znajomych osobach, czy też starałaś się ich traktować jak całkowicie nowe, samodzielne osoby?
Może Dora jest do mnie podobna pod pewnymi względami, ale generalnie postaci powstają od zera, nie mają swoich pierwowzorów. Czysta fikcja. Niestety, żaden z chłopków nie ma pierwowzoru w realu ;)
Podejrzewam, że czytelniczki będą trochę zawiedzione z tego powodu.
Twój tata był policjantem, „wychowałaś” się wśród stróżów prawa i porządku, nie kusiło Cię, aby pisać kryminały, a nie fantastykę?
Oj, pewnie, że kusiło. Pierwsza „powieść”, jaką napisałam w wieku jakichś 10 lat, zapomniana i przepadła w mrokach dziejów (miała z 15 stron, jak nic), była mrożącym krew w żyłach kryminałem o kradzieży Mony Lisy. Tata go przeczytał i śmiał się z godzinę. Mikrokamerki umieszczone w dziurkach po gwoździach uznał za zupełne science fiction. Dziś mogę powiedzieć, że jako 10-latka byłam wizjonerką. Uwielbiam kryminały i czytam ich całe mnóstwo, wielu pisarzy z mojej listy top 10 pisze właśnie kryminały. I niewykluczone, że kiedyś napiszę taki stricte kryminał. Ale fantastyka jest bardzo kompatybilna z moim typem wyobraźni, kocham to, że nie ma w niej ograniczeń, że jest tak różnorodna, zaludniona różnymi stworzeniami, czerpie z folkloru, podań, lęków i snów. A „Złodziej dusz” do pewnego stopnia jest kryminałem, choć jest też czymś więcej. Może zresztą mam otwarte ścieżki? Taka powieść z Witkacym w roli głównej, osadzona w czasie, zanim ujawnił się jego mały sekret, mogłaby być kryminałem w takim nieco chandlerowskim stylu. Lubię Witkaca, może powinnam się nad tym zastanowić.
Krytycy literaccy i nie tylko uważają fantastykę za bajki dla dużych dzieci, można powiedzieć, że trwa odwieczna wojna fantastyka vs prawdziwa literatura. Co według Ciebie można by określić mianem „prawdziwej literatury”? I czy w ogóle taki podział ma sens?
Prawdziwa literatura to ta, którą ludzie chcą czytać, która wnosi coś w ich życie, jakoś ich porusza. Podział na prawdziwą i nieprawdziwą literaturę wydaje mi się sztuczny i snobistyczny. Snobizm polega na wykluczeniu tych, którzy czytają nie to, co znalazło się na jakiejś złotej liście ułożonej przez wybitne umysły. Jasne, są jakieś skale i hierarchie, ale moim zdaniem mądrzej jest ustalać je w ramach gatunków, a nie między nimi. To znaczy, jak porównać świetnie napisany kryminał Jo Nesbø z, dajmy na to, „Panią Dallaway”? To jak wybory miss w zoo, gdzie w gronie kandydatek ustawia się słonie, żyrafy i foki. I co ma decydować o wygranej? Waga, długość szyi czy test z pływania? Jestem za tym, by foki miały swój ranking, a słonie swój. I żadne nie były napiętnowane jako gorsze. Są dobre i słabe kryminały, dobre i słabe romanse, dobre i słabe powieści tzw. głównego nurtu.
Możliwe, że jako historyk literatury oburzysz się na moje stwierdzenie, ale co powiesz na to, iż taki np. Szekspir to w sumie pisarz najczystszej fantasy, tyle że wierszem? Weźmy taki „Sen nocy letniej”, tu nawet można powiedzieć, że to paranormal romance.
Szekspir jako pisarz fantasy zupełnie mnie nie oburza ;) I mało kto myśli o nim jako o pisarzu, który przecież tworzył dla szerokiego odbiorcy. Czy „Sen nocy letniej” nazwałabym paranormalnym romansem? Zastanówmy się, romans bez wątpienia, różne rasy, wróżki, Puk... Tyle że główna para to jednak ludzie, więc trochę z tym paranormalem mamy kłopot. I „scen” niewiele... Ale możemy uznać go za dalekiego przodka. Dramat „Romeo i Julia” w wersji paranormal świetnie by się sprawdził − ona z wampirów, gdy on z wilkołaków... I mamy „Underworld” ;)
W społeczeństwie krążyła opinia, iż osobnik czytający jakąkolwiek odmianę fantastyki jest dziwny. A jak jest po trzydziestce i nadal ją czyta, to już gatunek wybitnie zmutowany. Natomiast kobieta, bez względu na wiek, czytająca fantastykę to już kuriozum. Czy kobiety lubiące fantastykę (czytać, pisać) to naprawdę takie dziwne? Jak to jest w Twoim otoczeniu?
Tak, jesteśmy bardzo dziwne. Wszystkie czytające fantastykę kobiety, które miałam przyjemność poznać, miały zdumiewającą skłonność do używania mózgów. Zaskakujące, do czego może doprowadzić czytanie fantastyki. A serio, generalnie ludzie czytający fantastykę, kobiety czy mężczyźni, są specyficzni. Nie jestem obiektywna jako jedna z nich, ale jakoś łatwiej mi się z nimi dogadać. Mają charakterystyczne, ostre i ironiczne poczucie humoru. Nie wiem, może nawet spełniają warunki, by widzieć w nich specyficzną subkulturę. Choć nie rzuca się to w oczy aż tak jak w przypadku amerykańskich nerdów i geeków, to jest coś na rzeczy. Nie uważam, by pisanie i czytanie fantastyki przez kobiety było czymś dziwnym, ale cóż, tu też nie jestem obiektywna. Musisz zapytać kogoś z boku, najlepiej nie czytającego fantastyki... Jest ktoś taki w okolicy?
Podobno w każdym z nas jest uśpione dziecko. Czy uwielbienie dla fantastycznych opowieści jest przejawem tego, że tak naprawdę jeszcze nie dorośliśmy, że jest w nas więcej z dziecka niż w pozostałych?
Uważam, że tylko głupiec pozwala umrzeć swojemu wewnętrznemu dziecku. To ono widzi urodę świata i potrafi cieszyć się małymi rzeczami. W oczach dziecka świat jest barwną, niekończącą się przygodą. Jestem za tym, by dokarmiać wewnętrznego podrostka, jak długo się da. A literatura, nie tylko fantastyczna, jest znakomitym pokarmem. Nie powiedziałabym, że my, czytający fantastykę nie dorośliśmy. Jesteśmy dorosłymi, którzy wciąż mają dobry kontakt z wewnętrznym dzieckiem. Ja osobiście hołubię moje pacholę, bardzo pomaga puścić wodze fantazji i widzi wszędzie przygodę.
Czy uważasz, że kobiety w fantastyce spychane są na boczny tor? W obecnym zalewie paranormal romance, głównie dla nastolatków, autorka fantastyki może być postrzegana przez ich pryzmat?
Jest nas, piszących coraz więcej i nie zapominajmy, że wśród czytających regularnie kobiety stanowią większość, więc nie jest to coś, co można lekceważyć. Poza tym kto odważyłby się zepchnąć na boczny tor Maję Lidię Kossakowską, Annę Brzezińską, Ewę Białołęcką, Magdę Kozak, że wymienię zaledwie kilka Pań z naszego podwórka, zupełnie nie zapuszczając się w obce kraje? Może jest nas mniej niż piszących mężczyzn, ale na pewno nie damy sobie w kaszę dmuchać. Pewnie, jest paranormal, świat po „Zmierzchu” nigdy nie będzie już taki sam. Z drugiej strony ogromna rzesza nastolatek w ogóle czyta dzięki „Zmierzchowi”, jak wcześniej dzięki Potterowi. Chodzi mi o porównanie skali, nie książek. I gdy serie się kończą, te „osierocone” nastolatki będą szukać innej lektury. Chyba nigdy dotąd literatura ze znaczkiem „fantastyka” nie była tak popularna i medialnie obecna jak teraz. Szukajmy plusów. Pewnie, pojawił się zalew zmierzchopodobnych, często naprawdę słabych książek, taki fast food literacki, ale przecież nie tylko. Iluś dobrych autorów przebiło się w wydawnictwie, bo ci, którzy podejmowali decyzje liczyli na uszczknięcie z tortu wampirzego i wilkołaczego. Ileś osób zaczęło od fast foodu, a potem zaczęło szukać bardziej odżywczego posiłku dla mózgu. Jestem optymistką, mimo wszystko. Nie czuję, by cały trend paranormalu zaszkodził autorkom jako takim. Spotkałam się wprawdzie z czytelnikami (płci męskiej, dodam), którzy z wielkim lekceważeniem wyrażali się o „babskich książkach” − oni jako prawdziwi mężczyźni nie schodzą poniżej dark fantasy albo twardego i supermęskiego science fiction, ale nie biorę takich głosów całkiem serio. To takie stroszenie piórek.
Jakie cechy powinna przejawiać bohaterka?
Nie znoszę mdłych, słabych mimoz, które oglądają się, aż ktoś za nie będzie żył, walczył i ratował je z opresji. Więc siłą rzeczy moja bohaterka musi być ich przeciwieństwem. Nie jest niezwyciężona, ale nie podda się bez walki. Na pewno nie będzie siedziała cicho jak mysz pod miotłą. Ma swoje zdanie i nie boi się wypowiedzieć go głośno. Jest dość bezczelna i niepokorna, by naginać zasady do własnych potrzeb. Mimo tego, że musi być twarda, nie traci kontaktu ze swoją wrażliwą stroną. Nie wstydzi się swoich słabości, ale nie pozwala im nad sobą dominować. Jest elastyczna i potrafi przystosować się do zmieniających się okoliczności. Nie boi się przyznać, że czegoś lub kogoś potrzebuje. Nie robi głupot tylko dlatego, że nie ma odwagi przyznać się do błędu. I musi mieć poczucie humoru, bez tego trudno znieść wszystko, co przyniesie życie czy fabuła. Myślę, że Dora jest właśnie taka. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Czy masz jakąś ulubioną postać kobiecą w literaturze? I przez kogo jest ona wykreowana? Autor to kobieta czy mężczyzna?
Od lat bardzo lubię Kay Scarpettę i Temperance Brennan. Czytam wszystko, co napiszą ich autorki, czyli P. Cornwell i K. Reichs. Z nowszych rzeczy bardzo lubię Kate Daniels, autorstwa duetu Ilona Andrews, to wyrazista i dobrze napisana postać. Ale żeby nie było, że lubię tylko bohaterki napisane przez kobiety… − Lisbeth Salander, którą jak wiemy wymyślił facet, jest znakomita.
Jeżeli miałabyś do dyspozycji tylko trzy przymiotniki do opisania bohaterki swojej książki, to jakich byś użyła?
Lojalna, odważna i elastyczna. I dla równowagi: uparta, pyskata i w gorącej wodzie kąpana.
Zdajesz sobie sprawę, że wielu czytelników, miedzy innymi ja, bardzo nie lubi autorów piszących serie? Właściwie nie do końca. Możecie pisać serie, ale wydawajcie je hurtem, bo czekanie na dalsze losy bohaterów bywa torturą. Twoja powieść ma rozrosnąć się o kolejne 5 tomów. Na jakim etapie twórczym obecnie się znajdujesz? Czytelnicy na pewno będą chcieli wiedzieć, jak długo przyjdzie im czekać na ciąg dalszy.
Jestem blisko połowy 5. tomu, 6. jest już zaplanowany. Myślę, że do końca tego roku skończę serię o Dorze i być może uda mi się też napisać powieść, która chodzi mi od jakiegoś czasu po głowie. Jeśli tylko starczy czasu i sił. Nie mam nic przeciwko temu, by cała seria ukazała się w ciągu np. półtora roku czy maksymalnie dwóch lat, ale obawiam się, że to nie zależy ode mnie. Ja zrobiłam, co miałam do zrobienia. O terminy proszę pytać mojego wydawcę, wie więcej niż ja na ten temat. Mam nadzieję, że 2. tom pojawi się jeszcze w tym roku. Ale to tylko moje życzenie, nic konkretnego. Obiecuję, że nie dopuszczę, by na stronie Fabryki na Facebooku pojawiały się wpisy w tym tonie, w jakim czytelnicy domagają się 4. tomu Pana Lodowego Ogrodu. To tylko skojarzenie, nie śmiałabym się porównywać z mistrzem Grzędowiczem.
Z jednej strony seria daje możliwość opowiedzenia bardziej złożonej historii, pozwala rozwijać się bohaterom, ich relacjom z otoczeniem, pozwala wprowadzić jakiś większy manewr fabularny jako tło dla akcji poszczególnych tomów, co moim zdaniem jest zaletą. Z drugiej strony jest czekanie na kolejne tomy. Choć gdy serie są już w całości wydane, też zdarzają się głosy, że to przykre, gdy seria się kończy, bo to tak, jakby się traciło jakiś znany świat i umierał nasz przyjaciel. I tak źle, i tak niedobrze.
Który z tomów sprawił Ci najwięcej trudności? Najtrudniej było ruszyć z miejsca przy pierwszym tomie, czy może kolejne sprawiały najwięcej problemów i dlaczego?
Pod pewnymi względami 1. był najtrudniejszy, bo nie miałam pewności, czy zdołam go napisać do końca. Czy starczy mi sił, weny, cierpliwości. Drugi, trzeci i czwarty poszły szybciej. Teraz przy piątym trochę się męczę, czy to dlatego że nie mam już luksusu pisania ciągiem, bo sporo czasu zajmuje zarabianie na życie, czy też sama materia książki stawia opór. Czekam na 6. tom, bo mam wrażenie, że będzie się pisał tak dobrze jak 2. czy 4.
Możesz zdradzić nam parę słów na temat swojego procesu twórczego? Konspekty, rozpiski, czy idziesz raczej na żywioł?
Historia jest wymyślona, zanim zacznę pisać. Spisuję dość dokładny synopsis, czyli coś w rodzaju zarysu rozdziałów. Jeśli zrobię to dobrze, nie muszę pisać rozdziałów po kolei, a to daje większą swobodę. Zapiski, i to liczne, gromadzą się w notesie, który zawsze mam przy sobie, więc mogę sobie jakiś pomysł utrwalić, czekając na autobus. Zawsze na początku pracy nad tomem robię małe charakterystyki postaci, które się w nim znajdą: imię, wygląd, status i jakieś tło, ich historię, nawet jeśli nie wykorzystuję jej później w czasie pisania powieści. Wymyślam sceny, bardzo szczegółowo, co też nie zawsze odbija się w tekście, ale ja muszę widzieć i czuć wszystko, zanim zacznę pisać. Nie znaczy to, że całkiem tracę kontakt z żywiołem. Zdarzało się, że jakaś postać mnie zaskakiwała, ni stąd, ni zowąd robiąc coś, czego, jak mi się wydaje, nie przewidziałam. Niektórzy mieli być przelotnie, zostali na dłużej. Inni obrastali w cechy, które zmuszały mnie do weryfikacji mojego sądu o nich. Jedno zdanie może zmienić pomysł na finał.
Jak proces twórczy odbija się na twoim życiu osobistym?
Mam na szczęście bardzo kochającego i wyrozumiałego męża, który rozumie, że gdy piszę, spędzam więcej czasu w Thornie, niż kiedykolwiek spędzałam w kuchni. Cierpliwie znosi to, że mieszkanie popada w entropię, na obiad są kanapki i rzadko mnie widzi, bo śpię w ciągu dnia, a w nocy pracuję. A zagadnięta rzucam półprzytomne spojrzenia i pytam: „Jaki dziś dzień?”. Przed komputerem spędzam od kilku do kilkunastu godzin w ciągu doby. Siłą rzeczy mało wychodzę, ale na szczęście przyjaciele i znajomi nie zapominają o mnie na amen. Cierpliwie czekają na przerwę między tomami czy chwilę odpoczynku, kiedy jestem bardziej towarzyska.
Jeżeli miałabyś powiedzieć coś początkującym pisarzom, coś, co sama byś chciała usłyszeć, jak wkraczałaś na drogę drukowanego pisarza, co by to było?
Żeby wydali ci książkę, musisz ją najpierw napisać. Nie wymyślić historię, nie mieć pomysł. Napisać, czyli przelać całość na papier. A żeby to zrobić, musisz naprawdę bardzo tego chcieć. Jest taka historyjka. Uczeń przyszedł do mistrza i prosi, by ten nauczył go wszystkiego, co wie, bo chce osiągnąć wielki sukces. Mistrz kazał mu wejść do wody, tak głęboko, aż zniknął pod wodą. Nauczyciel trzymał go za głowę i nie pozwalał się wynurzyć. Mijały minuty, w końcu puścił ucznia, ten wypłynął i ciężko dysząc, łapał powietrze. Mistrz spogląda na niego i mówi: „Jeśli chcesz odnieść sukces, musisz tego chcieć tak bardzo jak przed chwilą, siedząc pod wodą, chciałeś oddychać. Nic nie może być ważniejsze. I tak jest. Nie masz czasu na telewizję, Internet, randki i spotkania towarzyskie, mało śpisz, piszesz. Piszesz, aż skończysz, a wtedy zaczynasz poprawiać. A gdy poprawisz, wysyłasz do wydawców, modląc się, by maszynopis trafił na redaktora, któremu się spodoba. I nie poddawaj się, gdy to się nie zdarzy od razu. Gusta są różne. Pomyśl, w księgarni są tysiące książek, część ci się podoba, innych nie masz ochoty czytać. A gdybyś był redaktorem i każda z nich trafiła na twoje biurko? Dopiero gdy napiszesz książkę, możesz marzyć o druku. Wydawca nie podpisze kontraktu na pomysł czy brudnopis. To wydaje się oczywiste, ale często adepci o tym zapominają. Wiele jest narzekania na wydawców, co nie wydają, od osób, które nie napisały książki.
Kiedy i gdzie twoi fani będą mieli możliwość spotkania się z tobą?
10 maja 2012 roku o godz. 13 w Bibliotece Uniwersyteckiej w Toruniu odbędzie się spotkanie autorskie, na które serdecznie zapraszam wszystkich, którzy przeczytali „Złodzieja” i tych, którzy dopiero to zrobią. A nawet tych, którzy nie zamierzają tego zrobić, bo może widok osób z dwóch pierwszych grup podpowie im, że może jednak się mylą.
Słyszałam, że Twoje fanki tworzą już nawet stronkę fanowską. Może parę słów o niej?
Tak, powstaje właśnie strona. Biorąc pod uwagę opóźnienie związane z publikacją tego wywiadu, z pewnością już jest, gdy czytelnicy to czytają. Jest ona wynikiem uporu i talentu Karoliny, którą wielu czytelników może znać jako Kometę, naczelną Gavranu. To ona, tuż po publikacji wywiadu ze mną, wystąpiła z propozycją, że zrobi stronę. Nawet gdybym chciała odmówić, pokonałyby mnie jej entuzjazm i fachowe podejście. Już w mailu z ofertą był link do demo strony. Włożyła we wszystko bardzo dużo pracy, a ja starałam się jej nie przeszkadzać za bardzo, bo zupełnie nie znam się na takich technicznych kwestiach. Bardzo się cieszę, że się zatknęłyśmy, bo sama na pewno nie zdołałabym zrobić nawet 1/10 tego, co już jest zrobione. A Karolina zapewnia, że to jeszcze nie jest jej ostatnie słowo, planuje fan page na Facebooku, podforum. Poza wszystkim jest po prostu świetną, bardzo inteligentną dziewczyną i miło mi się z nią współpracuje. Strona była widać potrzebna, bo kilka osób znalazło ją jeszcze przed premierą i zostawiło swoje komentarze. Jeśli więc szukacie informacji o heksalogii o wiedźmie, czyli serii o Dorze Wilk, o bohaterach czy ich autorce, zapraszam na stronę www.anetajadowska.fan-dom.pl. Jest tam też miejsce na mojego bloga „Wiedźmowe uroki”, a w czytelni znajdziecie kilka tekstów, wkrótce pojawią się tam także niepublikowane nigdzie opowiadania ze świata Thornu i Trójprzymierza. Strona się wciąż rozwija i myślę, że będzie przyjaznym miejscem w sieci nie tylko dla fanów Dory, ale też osób, które po prostu lubią fantastykę, czy szerzej – lubią czytać. Zapraszam też gorąco na podforum „Szatański pierwiosnek” na Gavranie. To miejsce, gdzie możecie podyskutować o serii (niedługo będzie oficjalnie otwarte).
Na zakończenie życzę Ci, a w sumie bardziej sobie i pozostałym czytelnikom, aby kolejne tomy jak najprędzej ukazały się na rynku i nie dręczyły nas niepewnością, co dalej z bohaterami „Złodzieja dusz”. Bardzo dziękuję za udzielnie wywiadu.
Ja również dziękuję za pomysł, by ten wywiad przeprowadzić i ciekawe pytania. Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników. Mam nadzieję, że czas do 2. tomu minie szybko i nie zawiodą się na dalszych losach Dory. Pod pewnymi względami historia dopiero od 2. tomu nabiera tempa, a później jest coraz szybciej i mocniej.























































