„Skyrim” jest świetny – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. W moim osobistym rankingu przegrywa co prawda z „Morrowindem” (trzecim rozdziałem sagi), ale część czwartą – „Obliviona” – nokautuje już w pierwszej rundzie. Będąc na fali zauroczenia przygodami Dovahkiina (hero, w którego wcielamy się w „Skyrim”) wrzuciłem pewnego wieczoru w wyszukiwarkę frazy: The Elder Scrolls book. Inne znane cRPG (chociażby Baldurs Gate czy Planescape: Torment) prędzej czy później doczekały się książkowych rozwinięć, toteż miałem nadzieję, że wyszperam informacje o jakiejś książkowej adaptacji Starszych Zwojów. Poszukiwania nie trwały długo, po zaledwie jednym kliknięciu natrafiłem na dwa tytuły: „The Infernal City” i „Lord of Souls”. Oba autorstwa nieznanego mi pisarza, oba rozwijające historię opowiedzianą w „Oblivionie”. Kolejne kliknięcie i następna radosna wieść: „The Infernal City” ukazało się również na naszym rynku, jako „Miasto w przestworzach”! Niech to kule świszczą, jak mogłem przeoczyć premierę? – zakląłem, po czym w trybie błyskawicy zarezerwowałem sobie egzemplarz.
Pierwsze wrażenie po rozpakowaniu paczki z książką było pozytywne – oprawa utrzymana w kolorystyce i stylu nawiązującym do „Obliviona” od razu nasunęła mi skojarzenia z książeczkami zawartymi w premierowym wydaniu gry. Na dodatek, front okładki zdobi bardzo ładna ilustracja, przedstawiająca tytułowe miasto – majestatyczne, położone na ogromnej, latającej wyspie. Widok charakterystycznego stylu zabudowań sprawił, że mimowolnie powędrowałem wspomnieniami do Morrowindu i tamtejszych dwemerskich ruin oraz miast pokroju Vivek. Czyżby akcja powieści toczyła się w owym niezwykłym rejonie kontynentu? Dość szybko przekonałem się, że nie. W tekście pojawiają się co prawda napomknięcia dotyczące Morrowindu, lecz fabuła zaczyna się, i przez większość tomu toczy, w innych prowincjach Tamriel. Co wcale nie jest wadą – chociażby dlatego, że dzięki książce możemy lepiej zapoznać się z kilkoma rejonami dotychczas pomijanymi w komputerowej serii.
Dziesiątki lat po zamknięciu Bram Otchłani (czyli po finalnym starciu, jakiego byliśmy świadkami w „TES IV Oblivion”) na kontynent Tamriel ponownie pada cień grozy. Tym razem dosłownie – na niebie pojawia się bowiem latające miasto o ogromnych rozmiarach. Czym jest i skąd przybywa, tego zdają się nie wiedzieć nawet najbieglejsi mędrcy i prorocy. Wielu jednak upatruje w tajemniczym obiekcie emanacji złowieszczych mocy, zagrażających nie tylko Cesarstwu, a całemu światu. Pierwszą ofiarą demonicznych sił zamieszkujących latającego lewiatana stają się mieszkańcy Lilmoth, zapomnianej przez bogów osady położonej na Czarnych Mokradłach. Tylko młodej czarodziejce Annaig i jej argoniańskiemu przyjacielowi Mere-Glimowi udaje się ujść z życiem, jednak również ich los nie należy do najciekawszych. Uwięzieni w sercu latającego miasta zostają zmuszeni, by walczyć o przetrwanie. Czy przetrwają czekające ich wyzwania? Czy odkryją sekrety metropolii rodem z koszmarnego snu i czy pokrzyżują plany władających nią nieludzkich istot?
Fabuła powieści jest dynamiczna, wciągająca i potrafi wykonać gwałtowny zwrot w najmniej oczekiwanej chwili. Próżno się w niej doszukiwać jakichś głębszych filozofii czy drugiego dna, lecz miłośnicy komputerowej sagi powinni być wniebowzięci. Jednocześnie, już od początkowych stron poczują się jak ryby w wodzie, czego nie można powiedzieć o osobach, które nigdy w TESy nie grały. Dla nich pierwsze spotkanie z „Miastem w przestworzach” może zakończyć się bólem głowy. Wszystko przez rozbudowaną terminologię świata Starszych Zwojów, bardzo często wykorzystywaną w tekście, a nigdzie w tomie nieobjaśnioną. Ok, z treści kolejnych akapitów można prędzej czy później wywnioskować, że np. Argonianami nazywani są jaszczurzopodobni mieszkańcy Czarnych Mokradeł, a Khajiitami – kotowaty naród z Elsweyr, nie zmienia to jednak faktu, iż natłok dziwnych nazw może po prostu przytłoczyć osobę, która styka się z nimi po raz pierwszy w życiu. Warto w takim przypadku poświęcić nieco czasu na poczytanie stron internetowych dotyczących gier, ewentualnie fajnego przewodnika po prowincjach Tamriel zamieszczonego w premierowym wydaniu „Obliviona”. Ów rekonesans nie będzie zbyt pracochłonny, a odpłaci się możliwością poznania jednej z najbardziej rozbudowanych fantastycznych rzeczywistości, jakie kiedykolwiek stworzono.
Bo świat Starszych Zwojów poraża rozmachem i basta. Pełno w nim różnych mitologii, ugrupowań i narodów o diametralnie odmiennych przekonaniach, pełno tajemniczych miejsc, osobliwych stworzeń, magii (ba! idącej nieraz w parze z zaawansowaną techniką) i politycznych hocków-klocków. Z początku miałem pewne obawy, czy autor zdoła dobrze oddać rozmach tej rzeczywistości w swojej powieści. Objętość tomu (nieco ponad 300 stron, na dodatek nieprzesadnie zadrukowanych tekstem) tylko te obawy wzmogła, lecz już początkowe rozdziały w zupełności je rozwiały. Greg Keyes zgrabnie opisał różne aspekty Tamriel. Nie męczy, nie nudzi, sprawia, że dżungle Czarnych Mokradeł rozkwitają przed oczyma Twojej wyobraźni, a w nozdrzach czujesz smród wysypisk latającego miasta. Na dodatek autor nie tylko czerpie pełnymi garściami ze stworzonego przez Bethesdę (twórców gier) świata, ale dodaje doń sporo nowych pomysłów. Ot, chociażby wspomnę motyw z zależnością między narodzinami Khajiitów (ogólnie rasy zwierzęce, Argonianie i Khajiici zostały w tej powieści bardzo szczegółowo opisane), a fazami księżyców czy oszałamiającą kreację powietrznego miasta. Jedyne, czego mi żal to biednego Morrowindu. Dlaczego? Przeczytajcie, a się przekonacie.
Solidną wadą „Miasta w przestworzach” jest zakończenie zawartej w nim historii, a raczej jego brak. Znajduje się ono w drugim tomie tej opowieści – w „Lord of Souls”. Niestety „Miasto w przestworzach” stanowi tylko pierwszą część przygód Annaig i Mere-Glima. Po dobrnięciu do ostatniej strony czytelnik napotyka nieoczekiwany cliffhanger, co może zdenerwować, jeśli się mocno wciągnęliśmy w opowieść. Mam ogromną nadzieję, że „Władca Dusz” (jak tłumaczyć można tytuł drugiego tomu) zostanie wydany w naszym kraju. Na zachodzie ukazał się we wrześniu minionego roku, być może więc niebawem doczekamy się go na półkach naszych księgarń. Póki co – nie znalazłem żadnych donosów na ten temat.
Pomimo zupełnie niesatysfakcjonującej końcówki warto się zapoznać z „Miastem w przestworzach”. Dla miłośników serii gier jest to znakomite rozwinięcie wykreowanego w nich świata, dla osób, które grać nie lubią – okazja na poznanie wspaniałego uniwersum Starszych Zwojów. Ameryki tu nie odkryto, powieść do panteonu klasyki na pewno nie trafi, ambicjami również nie grzeszy, lecz jej czytanie daje sporo radochy, relaksuje i pozwala przeżyć niezwykłe przygody w niezwykłym świecie.
Korekta: Paulina Koźbiał
Książkę można kupić m.in. TUTAJ
























































