Verdon pozwala czytelnikowi wręcz współpracować z głównym bohaterem, od pierwszych stron aż do ostatniego zdania, wiemy tyle samo, co on. To od nas zależy, czy już po pierwszych wskazówkach odkryjemy wszystkie karty, czy będziemy liczyć na sławnego w policyjnym świecie detektywa Gurneya. Jeśli w ogóle rzeczy, które się wydarzyły mają jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie…
Od razu pragnę ostrzec, że jeśli nie czytaliście jeszcze opisu podanego z tyłu okładki, to powstrzymajcie się. Przytoczona wyżej część fabuły nie przekracza czterdziestej strony książki, zaś wydarzenia z opisu sięgają niemal strony trzechsetnej! Taka mała sugestia od maniakalnego wroga wszelkich spojlerów dla jemu podobnych.
Wracając do zagadki, ta od samego początku zaskakuje i wdziera się do głowy, nie pozwalając myśleć o niczym innym. Wiele razy przerywałem lekturę i dumałem nad nowymi poszlakami, możliwymi rozwiązaniami problemu oraz wiarygodnością świadków. Mimo że nie mamy możliwości zadania im pytań, to bohaterowie zazwyczaj instynktownie wiedzą, czego chcielibyśmy się dowiedzieć. To jak bardzo „weszliśmy” z Dave’em we współpracę, zrobiło na mnie wrażenie. Z czasem zaczynałem myśleć niemal tak samo jak on, wpadać na pewne rzeczy kilka stron wcześniej, a inne – rozumieć nieco za późno. Czułem się, jakbym wsiąkł w świetną grę przygodową, której mroczny klimat urozmaicany jest doskonale wpasowanym humorem. Opowieść wydaje się na tyle autentyczna, aby pozostawać w głowie na długo po odłożeniu pozycji na półkę i odebrać pewność siebie podczas nocnych spacerów.
Rozwiązanie wszystkich elementów łamigłówki jest satysfakcjonujące i wzbudza podziw dla autora za świetne rozplanowanie całości. Nie obyło się bez drobnych błędów logicznych, lecz są one niespecjalnie widoczne i dają pole do dyskusji z innymi czytelnikami. Verdon powinien jednak popracować nad tytułami rozdziałów. Wyraźnie nie ma do tego talentu. Czasem samym tytułem demaskuje przygotowaną przez siebie niespodziankę, czasem na siłę udziwnia. Nawiasem mówiąc, to amerykański wydawca zaproponował mu tytuł Think of a Number. Być może pierwotnie w tytule było nazwisko nadawcy listów do Mellery'ego?
W pierwszej części akcja toczyła się nieco za wolno, a życia prywatnego bohaterów miałem przesyt, jednak ten minus z pewnych względów był nie do uniknięcia. Za to od części drugiej (około sto pięćdziesiąta strona) następuje wybuch, a potem narastające trzęsienie ziemi z erupcją wulkanu na samym końcu. W zakończeniu nie spodobał mi się tylko jeden motyw, powtarzający się w niektórych filmach. Przydałoby się w tym jednym punkcie więcej oryginalności.
Skoro już jesteśmy przy złych stronach, to jest moim obowiązkiem stwierdzić, że niektórzy bohaterowie są naprawdę bardzo irytujący. Dobrze, że postacie są różnorodne i dla czytelnika nieobojętne, że nawet te irytujące przynajmniej dają Gurneyowi możliwość humorystycznych docinków, jednak wszystko ma swoje granice. Nie mam pojęcia, dlaczego Verdon postanowił stworzyć, w porównaniu z Davem, tak głupich, że aż denerwujących śledczych. Być może właśnie po to, by wyróżnić głównego bohatera? W moim mniemaniu przesadził.
Po opisach miejsc, ludzi i zdarzeń można wywnioskować, że John Verdon jest dobrym obserwatorem. Porównania i metafory są inteligentne, a obrazami krajobrazów z przyjemnością zajmuje się wyobraźnia. Odpowiednie wyważenie między opisami a tętniącymi życiem dialogami zapobiegło nudzie. Nie mam więcej pytań.
Gdybym miał wystawić ocenę „Wyliczance” Johna Verdona, byłoby to mocne 8/10. Jest to najlepsza książka z tego gatunku, jaką przeczytałem w minionym już 2011 roku. Dla fanów tego typu prozy, według mnie, pozycja, którą trzeba zaliczyć. Wypróbujcie umiejętność logicznego myślenia i pochwalcie się wynikami!
Korekta: Maja Borawska
Książkę można kupić m.in. TUTAJ.
























































