Okładka kusi. Efektowna, przyozdobiona mroczną ilustracją. Zdecydowanie jedna z ładniejszych, jakie w tym roku oglądałem. Najchętniej rzuciłbym się na książkę z marszu, niczym głodny wilk na kawałek krwistego steku, ale muszę poczekać. Póki dzień, gros innych zadań wzywa. Na wyżerkę będzie czas wieczorem. Pobieżnie przeglądam jeszcze wnętrze tomu. Papier jak papier, standard w tego typu wydaniach. Co innego szkice zdobiące początek każdego z rozdziałów – te wszystkie indiańskie bożki, piramidy, ornamenty. Proste, wykonane ołówkiem, jakby wyjęte z kart dziennika jakiegoś dawnego odkrywcy. Z trudem odrywam od nich wzrok. Z chęcią sam chwyciłbym ołówek i coś takiego nabazgrał. Dobra, dość tego. Oby ten dzień szybko zleciał – myślę, i z ciężkim sercem odkładam tom na półkę.
17 grudnia - Caminatas al Atardecer
Noc była długa i pełna wrażeń. Gdy reszta domowników udała się na spotkanie snu, pozwoliłem się ponieść nurtowi opowieści i tym sposobem wylądowałem we współczesnej Moskwie, u boku anonimowego tłumacza. Kilka stron później powiodło mnie jeszcze dalej, ku tropikalnej selwie… ale po kolei.
Zaczyna się rutynowo – w łapska znudzonego życiem faceta przez przypadek trafia dokument opisujący losy hiszpańskiej ekspedycji, wysłanej w głąb dżungli Jukatanu przez ojca Diego de Landę (postać historyczna – to jemu „zawdzięczamy” zniszczenie bezcennych dzieł sztuki i pism Majów). Dziennik autorstwa jednego z uczestników wyprawy, konkwistadora Luisa Casa-del-Lagarto, powoli staje się pępkiem świata naszego tłumacza. Bohater stopniowo ulega fascynacji losami ekspedycji, nie zważając na niepokojące wypadki, jakich doświadczają inne osoby, które miały styczność z dokumentem. Czarowi ulega również Czytelnik. Kilka pierwszych rozdziałów wciągnęło mnie niczym bagno i kiedy się wreszcie od nich oderwałem, ze zdziwieniem zauważyłem, że wybiła już druga w nocy. Jeszcze tylko jedna strona, jeszcze jeden akapit – mówiłem sobie, i kolejna godzina przeznaczona na odpoczynek odeszła w niepamięć. A nim porwał mnie sen, wciąż zastanawiałem się, co będzie dalej…
„Czas zmierzchu” to powieść dalece różna od poprzednich utworów Dmitryja Glukhovskiego. Z tamtych ostały się tylko biegłość Autora w opisywaniu utkanej przez siebie historii (przemawiające do wyobraźni opisy miejsc i wydarzeń, znakomicie zarysowane sylwetki bohaterów, doskonale oddany nastrój zaszczucia, bezradności, szaleństwa, które stopniowo ogarnia rzeczywistość naszego tłumacza) i jego skłonność do filozofowania (które stoi tu na wyższym poziomie, niż miało to miejsce w „Metro 2034”). Cała reszta jest świeża (chociaż tchnie dusznym nastrojem, od którego nie raz i nie dwa potrafi się zjeżyć włos na głowie – polecam czytanie po zmroku, najlepiej w ciszy i samotności). Akcja toczy się dwutorowo. Główna linia fabularna dotyczy zmagań tłumacza z tekstem dziennika, druga zaś ukryta została właśnie w jego treści i tyczy się perypetii oddziału Luisa Casa-del-Lagarto w jukatańskiej dziczy. Z jednej strony mamy więc kryminał z dreszczykiem i wątkami psychologicznymi, z drugiej – rasową powieść przygodową, osadzoną w egzotycznej scenerii. Takie zróżnicowanie sprawia, że podczas czytania nie sposób się nudzić. Co więcej, obie te historie – chociaż pod wieloma względami znacznie od siebie różne – zmyślnie się przeplatają, a wyszukiwanie powiązań między losami tłumacza i konkwistadora daje dodatkową frajdę.
19 grudnia - Complicaciones
Zauważyłem zgrzyty w fabule. Drobne rysy na misternie oszlifowanym klejnocie. Pojawiły się, na szczęście, dopiero w końcowych rozdziałach książki. Autor jakby traci tam panowanie nad stworzoną przez siebie opowieścią. Mistrzowsko tkany nastrój zaszczucia i paranoi ulegają zachwianiu, niebezpiecznemu rozrzedzeniu. Pomysłowa pajęczyna intryg nie wytrzymuje ciężaru uwięzionych w niej niesamowitości. Dobrze, że Glukhovsky w porę powraca do formy, czego owocem jest ciekawe zakończenie. Jakościowo porównywalne do finału „Metro 2033”. Inna sprawa dotyczy korekty tekstu. Dziwne, że im bliżej końca powieści, tym natrafiałem na coraz większą ilość wpadek pokroju zjedzonych czy przestawionych liter. Czyżbym na wcześniejszych stronach ich nie zauważał, bez reszty pochłonięty przez opowieść? Nie, nie, na pewno rzuciłyby się w oczy.
Wrażenia na świeżo po zakończeniu?
Czuję się syty. Dostałem to, na co po cichu liczyłem – niesztampową historię opartą o fatalistyczne przepowiednie Majów. Na dodatek inspirującą do rozmyślań nad różnymi sferami naszego istnienia. Dmitryj Glukhovsky, tworząc „Czas zmierzchu”, nie poszedł po najprostszej linii oporu – widać, że nad tekstem solidnie popracowano. Pomysł na fabułę, twórcze wykorzystanie mitologii Majów i historii hiszpańskich podbojów, niezwykły sposób przedstawienia treści dziennika konkwistadora (szyk zdań, archaizmy językowe), wreszcie kilka zaskakujących zwrotów akcji i mocny finał.
27 grudnia, Qué más?
Minęło kilka dni, odkąd odłożyłem „Czas zmierzchu” na półkę, a zdarza się, że powracam myślami do zawartej w nim historii. I myślę, że w tym roku nie trafiła mi się równie dobra powieść oparta o tematykę majańskiej apokalipsy. Nie wiem, czy „Czas zmierzchu” stanie się równie popularny, co powieści z cyklu „Metro”. Wiem, że zasługuje na uznanie. Na pewno doń powrócę, za jakiś czas. To międzygatunkowy mieszaniec (dreszczowiec, kryminał i powieść przygodowa w jednym) wykonany na wysokim poziomie, zaskakujący i pełen intrygujących przemyśleń. A że posiada kilka rys? Cóż… ktoś kiedyś powiedział, że skaz nie uświadczymy tylko na fałszywych diamentach.
Korekta: Iga Pączek
Książki można kupić m. in. TUTAJ
























































