Z czym właściwie mamy do czynienia w „Zaksięgowanych”? Z jakim gatunkiem? Najprościej by było powiedzieć, że z fantastyką z elementami horroru, bo niewątpliwie krążymy wokół tych dwóch szufladek, ale żadna z nich nie oddaje w pełni istoty 17 opowiadań. Nie chodzi tutaj o fantastykę ze standardowymi światami pełnymi elfów i czarodziei – wydarzenia rozgrywają się w znanej nam, codziennej rzeczywistości i można bez większego ryzyka umieścić je konkretnie we współczesnej Polsce. Fantastykę tworzą absurdalne i przerysowane zdarzenia, wywoływane zwykle przez groteskowe postacie, jak na przykład diabły-miniaturki w damskich torebkach lub wychodzące spod chodnika pso-podobne potwory – które mogłyby być wytworem wyobraźni chorych umysłów bohaterów, gdybyśmy podążali tą ścieżką interpretacji. Może więc mamy do czynienia z realistyczną prozą psychologiczną? Ostateczna decyzja należy do czytelnika – i nie tylko ta decyzja, ale aby to zrozumieć, trzeba dotrzeć do końca zbiorku.
„Zaksięgowani” to łamigłówka. Otwierający zbiór „Szach” jest wprowadzającym kluczem, do którego wielokrotnie czytelnik wraca myślami, chcąc połączyć ze sobą kolejne opowiadania, a ostateczne rozwianie wątpliwości powinno nastąpić po przeczytaniu zamykającego utworu „…mat”. Reszta, czyli 15 środkowych opowiadań, to jazda bez trzymanki. Czy będzie przyjemna, czy nie, zależy od naszego podejścia. Ja byłam na początku niecierpliwa i koniecznie chciałam rozszyfrować po kolei każde opowiadanie, szukać w nich drugiego dna czy morału, ogarnąć groteskę logiczną analizą – i przed tym wszystkich przestrzegam. Takie podejście odbiera przyjemność czytania i irytuje, dlatego radzę nie próbować na siłę łączyć wszystkiego do kupy; trzeba rozluźnić się i pozwolić poprowadzić się Małeckiemu przez kolejne historie prosto z makabrycznego snu, bez upartego szukania metafor i ich rozwiązań. Podsumowując ten chaotyczny wywód – opowiadania Małeckiego są trudne w odbiorze i wymykają się logicznej interpretacji, dlatego należy dać porwać się pisarzowi i skupić na treści, pozwolić jej uderzyć do głowy. A zrozumienie przyjdzie w swoim czasie, łamigłówka rozwiąże się sama.
Jeżeli zaś założymy, że każdy z utworów jest jakąś głęboką alegorią, a nie ma po prostu walnąć czytelnika z półobrotu w łeb, zaszokować, przestraszyć, kazać mu na nowo spojrzeć na rzeczywistość – to zapewne wielu utworów nie zrozumiałam. Ale nie wstydzę się tego. Jeden z najlepszych tekstów zbioru – „Pocałunek Białego Chłopca” – jeżeli ma jakiś morał, to do niego nie dotarłam, ale jedno wiem na pewno – opowiadanie to cholernie mnie przeraziło. I sprawiło, że podziwiam Małeckiego – za odwagę do przekazywania totalnie chorych wizji, umiejętność sugestywnego opisu i takie posługiwanie się groteskową grozą, że czytelnika ciarki przechodzą. I za to, że te ciarki wcale nie są celem opowiadania, bo nie mamy do czynienia z nastawionym na prymitywne straszenie horrorem, tylko prozą przez wielkie P.
Kończę tę recenzję, chociaż wiem, że nie napisałam właściwie nic o fabule opowiadań. I tak ma zostać. Po pierwsze – uważam, że kwestia konkretnych wydarzeń powinna być dla czytelnika zaskoczeniem, do którego nie ma sensu go przygotowywać, po drugie – wszystko, co ma na celu zachęcić lub zniechęcić do sięgnięcia po „Zaksięgowanych”, jest zawarte w powyższych akapitach. Kto pomimo moich wywodów jeszcze nie pomyślał „wow, muszę przeczytać tę książkę”, tego informacja o fabułach też nie zainteresuje. Dodam tylko, że Małecki zadowolił i poszukującego rozrywek zwykłego czytelnika, którym jestem, i mojego wewnętrznego estetę-marudę (którego zachwyciły groteskowe opisy i to, co wyrabiała z nimi wyobraźnia) oraz połechtał i rozruszał moje szare komórki. A wydawnictwo Powergraph powinno dostać jakiś order za wydawanie tak ambitnej literatury.
Korekta: Maja Borawska
Książkę można kupić m. in. TUTAJ.
Jakub Małecki, „Zaksięgowani”
Autor recenzji: Katarzyna Tatomir
Pierwszy raz z twórczością Jakuba Małeckiego zapoznałam się przypadkowo. To był zwykły dzień: odwiedzałam właśnie pewien supermarket w celu uzupełnienia lodówki i, jak to często mi się zdarza, z drobniakami z reszty wstąpiłam do Taniej Książki. A tam – „Przemytnik cudu” Małeckiego. Kupiłam za grosze i czekając na autobus, zaczęłam czytać. Zanim się zorientowałam, siedziałam już na swoim łóżku z parującym kubkiem w ręce i dalej zagłębiałam się w lekturze. Kiedy i jakim cudem, wsiadłam do autobusu, skasowałam bilet, wysiadłam na dobrym przystanku i dotarłam do mieszkania, nie gubiąc po drodze zakupów – nie wiem. Grunt, że chociaż „Przemytnik cudu” do najwybitniejszych powieści nie należy, bardzo mi się spodobał, a Małeckiego postanowiłam mieć na oku, jako obiecującego młodego pisarza, który może mnie w przyszłości zaskoczyć. Ale mam nosa! „Zaksięgowani” czyli moje drugie spotkanie z Małeckim, nie tylko mnie zaskoczyło, ale przede wszystkim zrobiło na mnie piorunujące wrażenie .
Z czym właściwie mamy do czynienia w „Zaksięgowanych”? Z jakim gatunkiem? Najprościej by było powiedzieć, że z fantastyką z elementami horroru, bo niewątpliwie krążymy wokół tych dwóch szufladek, ale żadna z nich nie oddaje w pełni istoty 17 opowiadań. Nie chodzi tutaj o fantastykę ze standardowymi światami pełnymi elfów i czarodziei – wydarzenia rozgrywają się w znanej nam, codziennej rzeczywistości i można bez większego ryzyka umieścić je konkretnie we współczesnej Polsce. Fantastykę tworzą absurdalne i przerysowane zdarzenia, wywoływane zwykle przez groteskowe postacie, jak na przykład diabły-miniaturki w damskich torebkach lub wychodzące spod chodnika pso-podobne potwory – które mogłyby być wytworem wyobraźni chorych umysłów bohaterów, gdybyśmy podążali tą ścieżką interpretacji. Może więc mamy do czynienia z realistyczną prozą psychologiczną? Ostateczna decyzja należy do czytelnika – i nie tylko ta decyzja, ale aby to zrozumieć, trzeba dotrzeć do końca zbiorku.
„Zaksięgowani” to łamigłówka. Otwierający zbiór „Szach” jest wprowadzającym kluczem, do którego wielokrotnie czytelnik wraca myślami, chcąc połączyć ze sobą kolejne opowiadania, a ostateczne rozwianie wątpliwości powinno nastąpić po przeczytaniu zamykającego utworu „…mat”. Reszta, czyli 15 środkowych opowiadań, to jazda bez trzymanki. Czy będzie przyjemna, czy nie, zależy od naszego podejścia. Ja byłam na początku niecierpliwa i koniecznie chciałam rozszyfrować po kolei każde opowiadanie, szukać w nich drugiego dna czy morału, ogarnąć groteskę logiczną analizą – i przed tym wszystkich przestrzegam. Takie podejście odbiera przyjemność czytania i irytuje, dlatego radzę nie próbować na siłę łączyć wszystkiego do kupy; trzeba rozluźnić się i pozwolić poprowadzić się Małeckiemu przez kolejne historie prosto z makabrycznego snu, bez upartego szukania metafor i ich rozwiązań. Podsumowując ten chaotyczny wywód – opowiadania Małeckiego są trudne w odbiorze i wymykają się logicznej interpretacji, dlatego należy dać porwać się pisarzowi i skupić na treści, pozwolić jej uderzyć do głowy. A zrozumienie przyjdzie w swoim czasie, łamigłówka rozwiąże się sama.
Jeżeli zaś założymy, że każdy z utworów jest jakąś głęboką alegorią, a nie ma po prostu walnąć czytelnika z półobrotu w łeb, zaszokować, przestraszyć, kazać mu na nowo spojrzeć na rzeczywistość – to zapewne wielu utworów nie zrozumiałam. Ale nie wstydzę się tego. Jeden z najlepszych tekstów zbioru – „Pocałunek Białego Chłopca” – jeżeli ma jakiś morał, to do niego nie dotarłam, ale jedno wiem na pewno – opowiadanie to cholernie mnie przeraziło. I sprawiło, że podziwiam Małeckiego – za odwagę do przekazywania totalnie chorych wizji, umiejętność sugestywnego opisu i takie posługiwanie się groteskową grozą, że czytelnika ciarki przechodzą. I za to, że te ciarki wcale nie są celem opowiadania, bo nie mamy do czynienia z nastawionym na prymitywne straszenie horrorem, tylko prozą przez wielkie P.
Kończę tę recenzję, chociaż wiem, że nie napisałam właściwie nic o fabule opowiadań. I tak ma zostać. Po pierwsze – uważam, że kwestia konkretnych wydarzeń powinna być dla czytelnika zaskoczeniem, do którego nie ma sensu go przygotowywać, po drugie – wszystko, co ma na celu zachęcić lub zniechęcić do sięgnięcia po „Zaksięgowanych”, jest zawarte w powyższych akapitach. Kto pomimo moich wywodów jeszcze nie pomyślał „wow, muszę przeczytać tę książkę”, tego informacja o fabułach też nie zainteresuje. Dodam tylko, że Małecki zadowolił i poszukującego rozrywek zwykłego czytelnika, którym jestem, i mojego wewnętrznego estetę-marudę (którego zachwyciły groteskowe opisy i to, co wyrabiała z nimi wyobraźnia) oraz połechtał i rozruszał moje szare komórki. A wydawnictwo Powergraph powinno dostać jakiś order za wydawanie tak ambitnej literatury.
Korekta: Maja Borawska
Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 21 Październik 2009
ISBN: 978-83-61187-14-1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 125 x 195 mm
Cena: 29,00 zł
Seria: Fantastyka z plusem
[M1]Co to jest? Rozłożyć na łopatki, jest taki związek frazeologiczny. Ale pozytywnie rzucić na łopatki? rzucić na kolana, na matę, to tak, ale to nie ma znaczenia pozytywnego.
[K.T.2]Chciałam uniknąć zbytnich ochów I achów w pierwszym akapicie i żeby nie napisać, że mnie zachwyciło, to tak zaczęłam niefortunnie kombinować…
[M3]Drugi raz „mamy do czynienia” w tym akapicie
[M4]rozchodzi się fala w powietrzu, albo kobieta z mężem.


































































