niedziela, 24 lipca 2011 10:41

Okiem Qredaktorów: serial „Gra o tron” #3

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Jednym słowem – wiele hałasu o nic.

Nie należę do fanów seriali, nie lubię również oglądać filmowej adaptacji książki bez przeczytania pierwowzoru, ale uwielbiam fantasy. Więc wobec szumu jaki został zrobiony wokół adaptacji HBO Gry o Tron, ciekawość zmusiła mnie do odstępstwa i dla serialu i dla obejrzenia filmu bez czytania powieści. Jeszcze zanim dobrze wszedł na ekrany już został okrzyknięty najlepszym serialem fantasy. No z tym to akurat nietrudno, seriali fantasy, szczególnie takich z prawdziwego zdarzenia, nie ma zbyt wiele.
O samym serialu napisano już sporo, głównie zachwytów i pieśni pochwalnych, chociaż i parę mniej pozytywnych opinii też się zdarzyło. Czy wniosę coś nowatorskiego? Chyba mi się to za bardzo nie uda, ale mimo to spróbuję.

Wypada zacząć od samego początku, czyli na tapetę biorę intro. Widzimy na nim mapę całego królestwa z największymi krainami oraz miastami. Spokojne południe, mur oddzielający królestwo od dzikiej północy i zamki, no właśnie, zamki. Pod względem graficznym nie mogę mieć zarzutów, projekt interesujący i dobrze wykonany, ale czy aby na pewno pasuje do tej opowieści? Wyłaniające się z mapy zamki, zbudowane z trybów i kół zębatych na kształt wielkiej maszyny, bardziej mi pasują do steampunku niż klasycznego fantasy. Gdzieś wyczytałam, że to takie przesłanie, iż ludzie są trybikami w tej maszynie intryg, ale nadal to mi nie pasuje.

Nie znając książki, nastawiłam się po recenzjach na typową produkcję fantasy, nic bardziej mylnego. Owszem, historia opowiedziana w scenerii nieistniejącego świata z wątkami fantasy, ale bardziej określiłabym ją jako epicką opowieść polityczną, może kolejne tomy, a wiec i adaptacja filmowa są bardziej nasycone fantasy.

Początkowo pilot adaptacji powieści miał zostać rozwinięty do serii składającej się z dwunastu odcinków, ostatecznie powstało ich dziesięć. Akcja rozgrywa się w świecie o nieustalonym czasie historycznym, najbliżej porównywalnym do naszego średniowiecza, jednak ponieważ jest to z założenia świat fantasy porównywanie go ze światem rzeczywistym jest bezcelowe, bo w końcu to jest świat autora i jego wyobraźni. Mimo to nie da się uniknąć czasami wynajdywania podobieństw.
Całość składa się z trzech historii, ściśle powiązanych ze sobą i współzależnych od siebie. Fabuły nie będę opisywała w szczegółach, bo już wystarczająco dużo razy została zaprezentowana.

Podobnie jak wszystkie alternatywne światy, tak i świat Gry o tron zdefiniowany jest przez jego bohaterów, zajmowane przez nich stanowiska, relacje tworzące się między nimi oraz wierzenia i zwyczaje kreujące klimat opowieści.
Poczesne miejsce w tym świecie zajmują sprawy wojskowe. Trudno się dziwić skoro cała opowieść dotyczy walki o władzę. Obsługa broni jest kluczowa dla edukacji chłopców należących do klasy rządzącej, podobnie jak w przypadku  średniowiecza. Szkolenie sztuki wojennej jest szlachetną funkcją dostępną tylko dla „lepszych” z urodzenia, jak w każdym podobnym układzie chłopstwo i pomniejsze klasy to po prostu mięso armatnie.
Ten świat, w jego północnej części, jest chroniony przez ogromną ścianę imponującej grubości, mającą tylko jedno wejście, chronione przez ciężkie drzwi. Symbolika muru jest bardzo prosta, zakłada funkcję ochrony. Jednak wróg zewnętrzny to nie wszystko przed czym należy się chronić. W świecie siedmiu królestw,  panuje król – Robert Baratheon. Jego władza nie jest ustabilizowana i cały czas wisi nad państwem groźba wojny. Zamordowany zostaje namiestnik królestwa, w celu ukrycia kazirodczego związku pomiędzy żoną króla a jej bratem bliźniakiem. Lord Stark, powołany na kolejnego namiestnika, przybywa do stolicy z dalekiej północy i uwikłany zostaję w tę intrygę aż po szyję, dosłownie, w końcu przecież traci głowę.
Niestabilność polityczna wyraża się również w Pentos, królestwie skąpanym w słońcu, które jest w całkowitej opozycji z klimatem Winterfell, ale gdzie praktyki polityczne są podobne.

Viserys Targaryen, książę rodu Targaryenów, syn Szalonego Króla Aerysa, obalonego przez Roberta Baratheona, żyjąc na wygnaniu wraz ze swoją siostrą Daenerys, marzy o odzyskaniu ojcowskiego tronu, nawet za cenę szczęścia swojej siostry. Przez pośrednika organizuje delikatnej i nieśmiałej dziewczynie małżeństwo z brutalnym i bezwzględnym wojownikiem, Khalem Drogo.
Już od samego początku wyraźnie zarysowana jest męska dominacja. Począwszy od rodu Starków, gdzie wyrażona jest przez ilość męskich potomków, Lord Stark ma pięciu synów. Poza tym wyraźnie określają to pełnione przez mężczyzn funkcje: ochrona i podporządkowanie sobie kobiet. Rola kobiet sprowadza się głównie do szycia, przedłużania rodu i uszczelniania sojuszy.
Tak więc, Tyrion Lannister, karzeł oraz brat Jaimego i Cersei jest cynicznym rozpustnikiem, używającym kobiet tak jak wina. Czy czyni to go jednak szczęśliwszym? Budowa jego ciała sama w sobie uważana jest przez niego za karę, a na karę trzeba zasłużyć. Więc robi wszystko, żeby na nią zasłużyć rozpustnym życiem.
Poglądy i wola kobiet nie są brane pod uwagę, Viserys daje swoją siostrę Khalowi Drogo, mimo iż ona nie chce tego związku. Kobiety są tam dla reprezentacji a ich piękno służy jedynie do podkreślenia zalet swoich mężów w oczach obserwatorów.
Jedynym wyjątkiem w tym podziale ról jest Arya Stark, która za przyzwoleniem ojca trenuje szermierkę i łucznictwo przewyższając zręcznością swojego brata, Brana. Jeżeli jej postać będzie dobrze dalej rozegrana  ma szansę na jedyną naprawdę wyrazista rolę żeńską.

W wielu recenzjach podkreślane jest nadmierne eksponowanie seksu. Ponieważ nie czytałam książki, opierając tylko na streszczeniach i opiniach innych, wnioskuję, iż w książce tych scen jest o wiele więcej i nieraz bardziej brutalnych. Biorąc pod uwagę świat, w którym się to dzieje, sam w sobie okrutny, oraz jasno przedstawiony stosunek mężczyzn do kobiet, takie sceny są jak najbardziej na miejscu, służą podkreśleniu realizmu. Mnie nie rażą ze względu na nagość, lecz fakt, iż bardziej są wykorzystywane do zapełnienia kompozycji w zupełnie bezsensownych momentach, a jak już są tam gdzie powinny to ich zbytnie ugrzecznienie psuje całą scenę.
I tak scena nocy poślubnej pomiędzy Khalem Drogo a Daenerys, młoda przerażona dziewczyna, oddana wbrew woli obcemu brutalowi, a całość w ogóle nie oddaje dramatyzmu sytuacji. Jedynym elementem „inności” o ile tak można to określić jest pozycja na pieska, wyjątkowo chyba wtedy lubiana, potwierdzająca dominację mężczyzn, w końcu przedmiotowi nie patrzy się w twarz. W dalszym kontekście realizm postaci Daenerys traci przez to trochę na wartości. Osobiście odbierałabym ją jako feudalną ofiarę z syndromem sztokholmskim, zakochującą się w swoim mężu gwałcicielu, ale w tym wypadku taka ofiara to do końca nie jest.

Ze względu na skomplikowaną intrygę polityczną oraz masę wątków i powiązań, sam film jest dla trochę starszego odbiorcy, wiec i sceny nagości nie powinny wywoływać takich oddźwięków, pod warunkiem jednak, że będą tam gdzie powinny i nadadzą scenie odpowiedni sens.
Krytyk telewizyjny Maureen Ryan napisała, iż czasami w Grze o tron sceny seksualne wykorzystywane są by rzucić światło na charakter postaci, ale dość często pokazywane są tylko dlatego, że można. Ja osobiście skłaniam się ku drugiej części opinii. HBO pokazuje w serialu nagość bo po prostu może.
Nie będę się rozpisywała o wadach i zaletach wszystkich aktorów, jednak o paru postaciach muszę napisać. Na szczególną uwagę na pewno zasługuje rola Tyriona Lannistera, genialnie wykreowana przez Petera Dinklage’a, jedna z lepszych jak dla mnie kreacji w tym filmie. Okrutny wobec wrogów i jednocześnie pełen sympatii i wyrozumiałości w stosunku do pokrzywdzonych przez los wyrzutków i bękartów. Niedostatki wzrostu uzupełnia nieprzeciętną inteligencją.

Z kolei Cersei Lannister oraz Daenerys Targaryen, no wybaczcie, gdyby nie to, iż miały diametralnie różny kolor włosów miałabym wrażenie, że oglądam jedną i tę samą aktorkę. Praktycznie cały czas identyczny wyraz twarzy, a właściwie brak wyrazu, wyprany z emocji. Oceńcie sami, no może różnica wieku jest trochę zauważalna a tak mogłyby być siostrami.
Na koniec zostawiłam sobie Joffreya Baratheona granego przez Jacka Gleesona. Został idealnie dopasowany do roli, z wyglądu idealne dziecko ze zdegenerowanymi genami w wyniku kazirodczego związku, do tego wyjątkowo wredny charakterek i okrucieństwo, a jednocześnie tchórzostwo i mazgajstwo. Nic dodać, nic ująć. Tylko nie wiem czy on jest z tego tak zadowolony. Z drugiej strony może to świadczyć o jego kunszcie aktorskim, albo genialnej pracy charakteryzatorów.
W serialu brak mi właściwej proporcji niektórych wydarzeń, przykładem może być, i tu pewnie się powielę, turniej rycerski. O ile to coś można nazwać turniejem. Wędrowne trupy komediantów miały więcej widzów i atrakcji. Brak funduszy? Czy może dobrego pomysłu? Mogli obejrzeć Obłędnego rycerza to może powstałby sensowny turniej. Podobnie sceny batalistyczne są tak bardzo ubogie i niedograne, a  to jedne z ważniejszych elementów produkcji tego gatunku. W końcu nie na samym „gadaniu” jest oparta fabuła.
Skoro specjalnie dla potrzeb serialu stworzono język dothracki, to i w ożywieniu akcji mogli wykazać więcej inwencji. Język dothracki został stworzony przez Davida J. Petersona, profesora językoznawstwa w Berkley, specjalnie zatrudnionego właśnie do tego celu. Pod koniec serii język liczył już sobie 2763 słowa. Przykładowe słowa tego języka, które udało mi się wynaleźć :
Ifak – cudzoziemiec;
Choyo – rodzaj żartobliwy termin używany dla określenia czyjejś tylnej części ciała.

Nie czekam z niecierpliwością na drugi sezon, jedyna scena, przez którą może zdecyduję się go obejrzeć, jeżeli moja ciekawość zwycięży, to ostatnia scena dziesiątego odcinka. Daenerys wyłania się z popiołów stosu pogrzebowego z trzema małymi smokami. I tylko ze względu na te smoki chyba będę go oglądała, no bo czy one nie są tego warte?

W paru słowach podsumowując, całość jest względnie poprawna i pomimo złożoności intrygi i różnorodności wątków nie nudzi tak bardzo oglądającego. Mimo tego nie można nazwać akcji wartką.

Zastanawiam się nad fenomenem tak nagłej popularności. Marketingowcy odwalili kawał dobrej roboty. Widzowie już na starcie zostali uwarunkowani podprogowym przekazem, że jest to najlepszy serial wszechczasów, gusta są różne wiec jednym naprawdę się to podobało innym może głupio jest się przygnać, że nie. To taki beznadziejny odruch, skoro wszystkim się podoba to może się nie znam, wiec się nie przyznam, że mam inne zdanie.

W ogólnym rozrachunku powiem słowami moich znajomych „szału ni ma”. Teraz musze się zmusić do przeczytania oryginału, ale ciężko z tym chyba będzie, bo się trochę zniechęciłam.

4 komentarze

  • Odnośnik do komentarzy czwartek, 28 lipca 2011 19:49 Umieszczone przez: Tomek

    "Fabuły nie będę opisywała w szczegółach, bo już wystarczająco dużo razy została zaprezentowana." Po czym fabuła zostaje streszczona, bez pominięcia żadnego zwrotu akcji. Co do marketingowców, przekazów podprogowych i socjotechniki - są osoby, które uważają ten serial za dobry, tylko dlatego, że wstyd im się przyznać, że się im nie podoba i na pewno są osoby, które powiedzą, że im się nie podoba tylko po to by wyeksponować swój antykonformizm - czyli równie bezmyślną co konformizm automatyczną negację wszystkiego co uchodzi za popularne. Mi się serial podobał, choć podszedłem do niego z dystansem. Plusy to na tyle złożona intryga i skomplikowane wątki, by nie zanudzić, nieprzewidywalność i ciekawe postaci. W końcu serial, w którym akcja (tak zwane łubu-du) nie jest na pierwszym planie, jak w Xenie, albo Mieczu prawdy, za to mamy ciekawą fabułę i bohaterów.

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy wtorek, 26 lipca 2011 19:10 Umieszczone przez: Łukasz Szatkowski

    Cóż, Camillo, każdy ma prawo do własnego zdania i nie będziemy dostosowywać zamieszczanych artykułów tak do Twoich jak i czyichkolwiek innych prywatnych odczuć i opinii. Ten cykl ma na celu przedstawienie różnych zdań i spojrzeń na wspomniany serial i jego aspekty, nie uznaję "jedynego właściwego" podejścia. Tak czy inaczej dzięki za komentarz, warto rozmawiać ;D

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy poniedziałek, 25 lipca 2011 21:00 Umieszczone przez: Camillo

    Osoby odpowiedzialne za umieszczanie artykułów na tej stronie prosiłbym o nieco bardziej staranny dobór tekstów. Zamieszczanie tekścików, w których pani "recenzentka" obraziła się na serial, bo "poglądy i wola kobiet nie są brane pod uwagę" i teraz na siłę będzie wyszukiwać urojone wady produkcji(jak nie potrafisz odróżnić Leny Headey od Emilli Clark, to może czas odwiedzić okulistę?), zdecydowanie nie jest dobrym pomysłem na rozwój serwisu. Urzekł mnie też komentarz mojej przedmówczyni. Złowrogie socjotechniki czyhają na nas na każdym kroku, strzeżmy się! Nie oglądajmy popularnych produkcji, nie ubierajmy markowej odzieży, nie jedzmy reklamowanej żywności i podcierajmy się tylko i wyłącznie szorstkim papierem toaletowym (ta "jedwabista miękkość" papieru Foxy to z pewnością tylko jakaś prymitywna socjotechnika, w rzeczywistości na pewno jest niemiły w dotyku, za krótki i lepi się do tyłka. Nie dajcie się ogłupić!). Obydwu paniom życzę miłego życia w ich własnym świecie. A ja, podobnie jak miliony innych na całym świcie, czekam na kolejny sezon serialu i dalsze tomy sagi Martina. Pozdrowienia dla wszystkich ogłupionych przez socjotechniki;)

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy poniedziałek, 25 lipca 2011 00:44 Umieszczone przez: Righeira

    Zawsze w takich momentach przypomina mi się dialog z pewnego polskiego opowiadania fantasy: - Jestem słynny Puffer z Lyzienny! - Czy "słynny" to część nazwiska? Dzisiejsze gwiazdy są znane z tego, że są znane, a dzisiejsze filmy i seriale mają już wpisane w tytuł takie przymiotniki jak "słynny", "świetny" i "najlepszy w historii". Nie decydują o tym widzowie, lecz miliony wydane na reklamę. Reklamę, która ma nas utwierdzić w przekonaniu, że zanim produkt ujrzy światło dzienne jest już skazany na sukces. Typowym przykładem jest to całe bicie piany wokół Harry Pottera. Przeciętnej historyjki, która bez afrodyzjaku jakim są miliony dolarów działające na wyobraźnię bardziej niż magiczne zaklęcia, nie ma wiele do zaoferowania. Albo inny "najlepszy w historii" serial - Spartacus: Blood and Sand. Do tego stopnia "skazany na sukces", że zamówiono od razu produkcję dwóch sezonów. Podobnie rzecz ma się z Grą o tron. Na mnie jednak takie socjotechniki nie działają i uważam go za kiepskiego gniota, którego nawet nie postawiłbym na półce obok takich seriali jak choćby Rzym. Wyprodukowanego dla bezmyślnych i pozbawionych gustu konsumentów telewizyjnej tandety. Coś w sam raz obok Big Brothera, Tańca z gwiazdami i talk show.

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz