Jak zdążyłam się zorientować, pierwszy tom „Karaibskiej krucjaty” przechodzi płynnie w tom drugi, jakby stanowiły jedną całość. Niesamowicie sympatyczny, nie tylko ze względu na prześladujący go pech, kapitan O’Connor znów rusza w morze wraz z przyjaciółmi, Vincentem i Edwardem oraz wierną załogą, na pokładzie znanej już czytelnikom fregaty „Magdaleny”. Billy nie płynie jednak na wycieczkę, co to, to nie. Znów przyjdzie mu się zmierzyć … właściwie z każdym, kto pływa (choć nie tylko) po karaibskich wodach. Poleje się więc krew w starciu z Hiszpanami, ale bohaterowie zadrżą także na widok bandery francuskiej, a i od rodaków – Anglików, przyjdzie im sporo wycierpieć. William O’Connor nie potrafi bowiem schować głowy w piasek i pilnować swojego nosa, bo jak doskonale scharakteryzował go Edward, w jego duszy „mieszka krzyżowiec (…), prawdziwy święty wojownik”, „twardy człowiek i zuchwały żeglarz”, w gruncie rzeczy jednak ci, którzy go znają, dobrze wiedzą, że „prosty z niego chłopak i szlachetny do wyrzygania”, który marzy tylko o tym, by „walczyć w świętej wojnie jedynie dla honoru i dla sławy”. Nie wszystkim podoba się jednak walka wyłącznie dla chwały, wszak każdy głupi wie, że nie zapewni ona w portach trunków i przyjemności cielesnych, toteż Billy obiecuje swym kompanom łupy na przebrzydłych piratach, którym przewodzi de Lanvierre. Pokonanie złych korsarzy i zapobiegnięcie tym samym ich hegemonii w basenie Morza Karaibskiego, nie jest jednak takie proste, bo morskim rozbójnikom przychodzi z pomocą Czarny Szkwał, tajemnicza, niezwykle potężna i zła siła, która zmusza duchy zmarłych piratów do służby de Lanvierre’owi i jego kamratom. Oj, będzie się działo!
Kiedy sięgnęłam po niniejszą książkę, niemal od razu przyszli mi na myśl disnejowscy „Piraci z Karaibów”, co dla mnie osobiście stanowi porównanie bardzo pozytywne. Podobnie jak w filmach nie brak tutaj całej gamy fantastycznych, czy też po prostu zwariowanych elementów, począwszy od Czarnego Szkwału, duchów i golema, a na nabijaniu dział sztućcami kończąc. Nie znając poprzedniego tomu, nie byłam jednak do końca przygotowana na niektóre z tych rzeczy, zdarzało mi się więc myśleć: „O rany, a co to takiego? Olaboga, czego ten Mortka nie powymyślał!”. Szybko jednak dotarło do mnie, że „Karaibska krucjata” to dylogia czysto rozrywkowa, stworzona ku uciesze zarówno samego autora, jak i czytelników, nie należy jej przeto traktować poważnie, lecz z przymrużeniem oka. „La Tumba” podobnie jak jej poprzedniczka, to książka, która ma bawić i zadziwiać, a więc i ja zaczęłam się bawić. Najbardziej rozśmieszyło mnie chyba zakończenie, a dokładniej przezabawny początek epilogu, w którym… Pssst! Przekonajcie się lepiej sami!
Podsumowując, drugi tom „Karaibskiej krucjaty” to doskonała rozrywka na wakacje, książka jest bowiem przesympatyczna i naprawdę wesoła. Gwarantuję, że nikomu, kto po nią sięgnie, nie będzie się nudzić podczas słodkiego leniuchowania na plaży, czy też na pokładzie jakiejś łajby, choć można ją oczywiście także czytać w innych okolicznościach. ;) „La Tumba” to bowiem wielowątkowa, aż chciałoby się rzec – uniwersalna opowieść o przygodach, przyjaźni i wielkiej miłości, nie tylko do kobiety. Serdecznie polecam!
Korekta: Paulina Koźbiał
Książkę można kupić m. in. TUTAJ.





































