niedziela, 27 marca 2011 21:58

Wywiad z Andrzejem Zimniakiem

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Kwartalnik fantastyczno-kryminalny Qfant #9 - Kwiecień 2011 - (ISSN 2080-2633) - qfant.pl


Andrzej Zimniak ukończył Politechnikę Warszawską, uzyskując tytuł doktora w dziedzinie chemii. Debiutował w 1980 r. opowiadaniem „Pojedynek” opublikowanym w tygodniku studenckim „Politechnik”. Autor dwóch powieści i ponad siedemdziesięciu opowiadań.

„Szlaki istnienia” – Nasza Księgarnia, 1984.

„Homo determinatus” – Wydawnictwo Poznańskie, 1986.

„Opus na trzy pociski” – Iskry, 1988.

„Spotkanie z wiecznością” – Nasza Księgarnia, 1989.

„Marcjanna i aniołowie” – Wydawnictwo Poznańskie, 1989.

„Samotny myśliwy” – Alfa, 1994.

„Klatka pełna aniołów” – Prószyński i S-ka, 1999.

„Łowcy meteorów” – Sorus, 2000.

„Śmierć ma zapach szkarłatu” – Fabryka Słów, 2003.

„Biały rój” – Wydawnictwo Literackie, 2007.

„Jak NIE zginie ludzkość” – Solaris, 2008.

Andrzej Zimniak jest autorem ponad stu publikacji popularnonaukowych i ponad czterdziestu eksperymentalnych prac naukowych z dziedziny chemii. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i pomysłodawca Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Za opowiadanie „Klatka pełna aniołów” otrzymał w 1995 r. nominację do ogólnopolskiej nagrody im. Janusza Zajdla.

 

Jacek Skowroński: Jesteś człowiekiem wielu pasji, lecz zacznijmy od literatury, a w trakcie rozmowy zobaczymy, dokąd nas ta wspólna podróż zaprowadzi. Homo sapiens jest jedynym zwierzęciem, które zdaje sobie sprawę z własnej śmiertelności, z niewiarygodnej rozległości Wszechświata, zarówno w przestrzeni, jak i w czasie, wreszcie z ograniczeń swojego umysłu. Czy pisanie fantastyki nie jest w istocie próbą uporania się ze świadomością, że to wszystko przerasta o lata świetlne maleńką, myślącą drobinę zagubioną w kosmosie?

AZ: Powiedziałbym tak: pisanie (i czytanie) fantastyki jest między innymi antidotum na nostalgię nieskończoności, na lęk przed nieznanym kosmosem, na ułomności umysłu wreszcie, których jesteśmy świadomi. Przecież właśnie na kartach powieści sf podróżujemy przez hiperprzestrzeń, przezwyciężamy banalność dysfunkcji zasiedlanego ciała, a sztuczne inteligencje (przynajmniej niektóre) są po naszej stronie. Większość pisarzy sf tak kreśli swoje historie, żeby czytelnik uwierzył, że jest to jeden z możliwych do spełnienia wariantów rzeczywistości. I nie zaliczałbym tego zjawiska do akcji „ku pokrzepieniu świadomości”, bo my wszyscy przecież naprawdę mniej lub bardziej wierzymy, że ludzkość kiedyś zasiedli kosmos, pokona obecne ograniczenia ciała, zwycięży czas i przestrzeń. Wszak znajdujemy się na samym początku drogi – życie na Ziemi rozwija się od miliardów lat, a człowiek i jego cywilizacja zaledwie od tysięcy.

Piszę o science fiction, bo fantasy ucieka przed tego rodzaju przesłaniem w krainę jawnej baśni, pośrednio niejako przyznając, że nie mamy szans by mierzyć się z kosmosem – chyba że jest to kosmos wewnętrzny.

A co do tych głupich zwierzątek, ex definitione nie posiadających ni krzty świadomości istnienia, byłbym nieco ostrożniejszy w osądach...

JS: Czy nie uważasz, że obcowanie z literaturą fantastyczną jest rodzajem ćwiczenia umysłu, przygotowaniem go do zetknięcia z pojęciami, wprowadzanymi choćby przez mechanikę kwantową, które przeczą zdroworozsądkowemu pojmowaniu świata? Spytam wprost – czy z Twojego doświadczenia wynika, że naukowiec piszący fantastykę jest mniej skostniały w poglądach, stawia przed sobą odważniejsze cele badawcze?

AZ: Owszem, taki naukowiec ma wyobraźnię, ale nie z tego powodu, że czytuje fantastykę – po prostu ma taki rodzaju umysłu i dlatego lubi czytać sf. W młodym wieku w pewnym stopniu można sobie wyobraźnię wyrobić, ale podstawy dziedziczymy jako cechy czy predyspozycje. Przy czym trzeba wyraźnie powiedzieć, że czytanie fantastyki nie jest warunkiem bycia dobrym naukowcem. Co do pierwszej części pytania – rola dydaktyczna literatury science fiction skończyła się bodajże w latach 70-tych ub. wieku, dziś do zrozumienia Egana czy Wattsa trzeba być nieźle przygotowanym na początku lektury, bo ich teorie budowane są od dzisiejszego stanu frontiers of science wzwyż.

JS: W początkach ubiegłego wieku wieszczono kres nauki, najpotężniejszym umysłom planety zdawało się, że poznanie dokładnej konstrukcji świata jest na wyciągnięcie ręki. Jak to widzisz dzisiaj?

AZ: Nie uznaję czegoś takiego jak „koniec nauki”, nauka będzie istnieć tak długo, jak ludzkość. Wygląda to tak, że każda odpowiedź rodzi szereg nowych pytań na wyższym poziomie i coraz wyraźniej postrzegamy niesłychaną złożoność i niejednoznaczność świata. Twierdzenia naukowców czy filozofów wyznaczających „koniec nauki” świadczą tylko o ich megalomanii – patrzcie, powiadają, oto sięgnąłem szczytów i postawiłem ostatnią kropkę w tym zdaniu. JA ją postawiłem.

JS: Nauka, niezależnie od dyscypliny, jest w gruncie rzeczy poszukiwaniem sensu naszego istnienia?

AZ: Nauka empiryczna nie sięga tak daleko – nie wartościuje, nie szuka też sensu istnienia, nadto nie obiecuje panaceum na choroby, totalnego spełnienia i wiecznej szczęśliwości. Są ludzie, którzy tego wszystkiego od niej oczekują, a potem są zawiedzeni i emigrują w równoległe światy okultyzmu czy baśni. Nauka wyznacza sobie zadania znacznie bardziej przyziemne, a mianowicie opisuje zachodzące zjawiska w sposób weryfikowalny (umożliwiający powtórzenie eksperymentu przez innych i gdzie indziej), a jej teorie są falsyfikowalne (mogą zostać zastąpione przez lepsze, lepiej opisujące rzeczywistość). Tak rozumiana nauka w pewien sposób porządkuje i objaśnia świat, ale obawiam się, że od tych cząstkowych odpowiedzi do znalezienia sensu istnienia droga wiedzie przez nieskończoność.

JS: Fizycy mają swój sen o „teorii ostatecznej”, medycyna pokłada ogromne nadzieje w konsekwencjach rozszyfrowania ludzkiego genomu, a co dziś jest Świętym Graalem chemików?

AZ: W tej chwili najciekawsze rzeczy dzieją się na styku, w obszarach interdyscyplinarnych. Wszak można powiedzieć, że to fizycy wymyślili genetykę, a obecnie biochemia, chemia i genetyka mają potężne wspólne terytorium. Wczoraj chemicy nauczyli się abecadła, a dziś uczą się czytać w elementarzu materii ożywionej, bo to jest zaawansowany kurs chemii. Do najciekawszych zagadnień należy matematyczne modelowanie aktywności związków oraz konstrukcja sztucznych enzymów, które przyspieszą reakcję miliony razy i przeprowadzą ją w niskiej temperaturze, na dodatek stereospecyficznie – czyli tak ustawią atomy w przestrzeni, jak będziemy chcieli. Do tej grupy można zaliczyć projektowanie nowoczesnych środków leczniczych, które niebawem będą dobierane indywidualnie do genomu pacjenta. Brzmi to jak fantastyka, ale, jak widać, nauka zazwyczaj wyprzedza fantastykę, uciekając w innym kierunku niż antycypowany.

JS: Tempo rozwoju cywilizacji zdaje się odbywać z przyspieszeniem niemożliwym do okiełznania, niosąc zagrożenia, o jakich nie śniło się ludzkości w poprzednich epokach: zanieczyszczenie środowiska, wyczerpywanie się źródeł energii, uzależnienie od zaawansowanych technologii czy choćby uodparniające się na antybiotyki bakterie. I nieustanne konflikty, gdy broń nuklearna jest coraz groźniejsza i bardziej dostępna. Przyznam, że sam jestem pesymistą – doświadczenie uczy, że jeśli coś jest możliwe do zrobienia, to ludzi nic nie powstrzyma przed zrobieniem tego. Tak, tu jestem zdecydowanym pesymistą. Czy widzisz dla naszego gatunku jakąś szansę przetrwania?

AZ: Ludzi, którzy załamują ręce na przyszłym losem świata i za wszystko winą człowieka, nazywam kasandrystami i totalnie się z nimi nie zgadzam. Sam uprawiam tzw. futurologię historyczną, a więc najpierw oglądam się przez ramię, zanim spojrzę przed siebie. Ludzkość od zarania swoich dziejów rozwija się raz szybciej, raz wolniej, czasem się nieco cofa, ale w sumie idziemy do przodu – niewątpliwie żyjemy według coraz bardziej humanitarnych wzorców, mamy technologię uwalniającą nas od ciężkiej pracy fizycznej i żmudnej pracy obliczeniowej, żyjemy coraz dłużej i mamy coraz lepszą medycynę. Twierdzenia, że nadchodzi jakiś punkt krytyczny, że cywilizacja się załamie, że życie ulegnie unicestwieniu lub jutro w południe nastąpi koniec świata – nie mają nic wspólnego z logicznym prognozowaniem, raczej należą do negatywnego myślenia życzeniowego lub do dystopijnej fantastyki. Na wszystkie postawione w pytaniu zagadnienia wyczerpująco odpowiedziałem w mojej książce „Jak NIE zginie ludzkość” – wciąż do kupienia (Solaris, inne księgarnie internetowe), zapraszam do lektury.

JS: Świetnie odnajdujesz się zarówno w dłuższej formie, jak i w krótkich utworach. Do moich ulubionych należy zbiór opowiadań „Śmierć ma zapach szkarłatu” – zadziwiający niezwykłą wyobraźnią i swobodą w rozpychaniu ram gatunku. Czy skłonność do eksperymentów literackich jest Twoją naturalną cechą, wynikłą ze sposobu pojmowania procesu twórczego?

AZ: Dzięki za dobre słowo, ale jako pisarz lepiej czuję się w krótszej formie, do powieści chyba nie starcza mi cierpliwości. Stąd tak mało mam w dorobku powieści, a opowiadań ponad 70. Lubię eksperymentować, ale nie z formą, ta została już optymalnie wypracowana przez pokolenia pisarzy, aby najlepiej porozumieć się z czytelnikiem. Co do treści, to staram się pracować tak, aby nie nużyć ani czytelnika, ani siebie. Wszak po to piszę, żeby eksplorować nowe światy.

JS: Lwia część fabuły „Białego roju” dzieje się w rzeczywistości wirtualnej. Na ile jest to chwyt literacki uatrakcyjniający przekaz, a na ile przewidywany przez Ciebie kierunek rozwoju ludzkości? Czy przestrzeń wirtualna jest potencjalnie zdolna splątać się z realną?

AZ: No, może to nie jest „lwia” część, tylko kawałek lwiego ogona. Już jesteśmy świadkami splątania się tych rzeczywistości. Mościmy sobie przestrzeń życiową, zapełniając ją urządzeniami technologicznymi dbającymi o ciało i gadżetami dbającymi o umysł, tak naprawdę każde urządzenie stanowi w jakimś stopniu taki gadżet. Czym bardziej technologia oddziela nas od natury, tym głębiej wciąga nas świat wirtualny cywilizacji i technologicznej, i kulturotwórczej. Za 100 lat większość czasu będziemy spędzać w przestrzeni VR, np. wykonując pracę w symulowanym otoczeniu, i będzie to zupełnie normalna sytuacja. Podobnie z wakacjami, bo więcej kompatybilnych z rzeczywistością doznań da się wygenerować niż przeżyć w realu, ciągnąc umęczone ciało po górach i dolinach. No jasne, wysiłek fizyczny też wygenerujemy.

JS: Wygenerowanie świadomości w nieożywionym z definicji komputerze jest kwestią komplikacji układu? Czy w ogóle moglibyśmy tę świadomość dostrzec, stosując na przykład test Turinga?

AZ: Pogląd na te sprawy jest kwestią wiary. Osobiście nie wierzę w obudzenie świadomości w maszynie, bo maszyna działa na zupełnie innej zasadzie niż mózg. Mowa o świadomości, jaką my sami mamy, i o znanych dziś maszynach. Ogólnie rzecz biorąc, nawet nie potrafimy ściśle zdefiniować pojęcia świadomości, a o pracy mózgu wciąż dowiadujemy się nowych rzeczy. A więc wszelkie dywagacje na te tematy są dziś czystej wody fantastyką, podobnie jak rozważanie przeniesienia ludzkiej świadomości do maszyny.

JS: Pasje. Sprawiasz wrażenie niespokojnego ducha, któremu mało zgłębiania zagadek mikrokosmosu, więc oddaje się nurkowaniu, penetruje wulkany, pisze książki, popularyzuje naukę, podróżuje i zatrzymuje czas w fotografii. A ludzie często niewiele robią ze swym życiem, uciekając się do prostych wymówek, sprowadzających się do braku czasu i pieniędzy. Co byś im poradził?

AZ: Nic im nie poradzę, bo nie można (i nie wolno) uszczęśliwiać ludzi na siłę. Próbowałem i rezultaty były zdecydowanie niezadowalające. Więc nie zamierzam nikogo gwałtem uprowadzać np. na Islandię i kazać mu podziwiać ogrom wodospadu Godafoss czy roztkliwiać się nad zapachem pobliskiej tundry w słońcu. Natomiast powinno się uwrażliwiać dzieci na bogactwo doznań, które mogą stać się ich udziałem, a także informować dorosłych o możliwościach eksploracji świata, który jest tak blisko, jest tak ciekawy, a na dodatek jest nam dany tylko raz, i to na krótko. A więc niczego nie należy odkładać na później bez ważnych powodów.

JS: Wszyscy marzą, choć nie wszyscy się do tego przyznają. Aktorzy chcieliby zagrać Hamleta, Kowalski, jadąc rano do pracy, tysięczny raz przeżywa scenę, gdy po zgarnięciu rekordowej wygranej w totku, na oczach wszystkich współpracowników pluje szefowi do kawy i macha mu przed nosem biletem na Karaiby. A o czym marzy Andrzej Zimniak pisarz, A. Z. naukowiec i A. Z. człowiek żyjący tu i teraz?

AZ: No tak, mam w sobie kilka schizofrenicznych osobowości i każda domaga sie swego. Szefowi w twarz nie napluję, bo lubię swoją pracę i bez niej czułbym się niespełniony. A na Karaiby i tak mogę się wybrać, do tego nie zawsze trzeba rekordu w totka. AZ-pisarz chciałby najpierw dokończyć powieść, a potem napisać kilka opowiadań, których pomysły nachodzą go bladym świtem. O wielkiej sławie nie marzy, bo wyżej ceni wolność, wystarczy mu popularność, jaką już ma. AZ-naukowiec chciałby dowieść realności alternatywnej biologii, w której ewolucja realizuje się nie przez eliminację jednostek w procesie periodycznym, lecz przez monotoniczne zmiany osobnicze w procesie ciągłym. Mówiąc po ludzku, nigdy byś nie umarł, ale po 100 latach zmieniłbyś się we własnego wnuka. Pytanie, czy jest to już wieczne życie, czy wciąż śmierć, tyle że rozłożona na raty? Według mnie bardziej wieczne życie, bo udałoby się odpędzić kostuchę, która dziś nagle jednym cięciem skraca człowieka o głowę. AZ-eksplorator chciałby obejrzeć wulkany hawajskie i afrykańskie (naprawdę niesamowite!). AZ-fotograf chętnie pstryknąłby kilka zdjęć Ziemi widzianej z Księżyca, AZ-warszawiak pragnąłby odlecieć na zimę do ciepłych krajów, a AZ-mężczyzna wymyśla (jak żona nie patrzy) kobietę, która byłaby partnerką na wszystkich uprawianych działkach. Oponenci uznają to ostatnie zajęcie za tyleż jałowe co bezsensowne, wszak partner idealny uczyniłby zbędne wszelkie inne kontakty, co prowadziłoby w prostej linii do zjadania własnego ogona.

JS: Wspominasz, że chciałbyś dokończyć powieść. Uchyl rąbka tajemnicy – o czym ona będzie?

AZ: Strasznie nie lubię mówić o własnej twórczości, bo wtedy próbuję naraz wcielić się w nadawcę, odbiorcę i krytyka. No dobrze – będzie o życiu za 1000 lat, o rodzajach miłości, przysiędze Hipokratesa, powołaniu mesjasza, męce wiecznego trwania, o rewolucyjnym gwałcie na ewolucji. I o kilku innych sprawach, jak np. pojęciu mniejszego zła. Chyba powiedziałem o kilkanaście słów za dużo, albo o kilkanaście zdań za mało. Niech tak zostanie.

JS: Z niejakim zdumieniem i podziwem odkryłem, że pisujesz fraszki, w dodatku mocno nieuczesane. Czy mogę poprosić o taki mały prezencik dla czytelników Qfantu?

AZ: Ależ oczywiście. Cieszę się, że ktoś od czasu do czasu te fraszki zauważa, choć nie stanowią one liczącego się nurtu w mojej twórczości – są raczej produktem nieco rubasznego humoru, który czasami mnie nawiedza. Sądzę, że m.in. śmiech odróżnia nas od zwierząt, chociaż podobno widziano śmiejące się szympansy, a delfiny chichoczą po swojemu szorując brzuchami po żwirowatym dnie. Tak czy inaczej, śmiejmy się jak najwięcej, bo to ubarwia życie. Mam w planach wydanie tomiku fraszek z ilustracjami typu karykatury autorstwa Krzysztofa Trzaski, więc publikacja kilku utworów w sieciowym Qfancie będzie stanowić dobrą zapowiedź.

JS: Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i życzę w imieniu redakcji oraz czytelników Qfantu mnóstwa sukcesów na polu literackim i naukowym.

AZ: Ja również dziękuję za zaproszenie na łamy Qfantu i z kolei zapraszam do odwiedzenia mojej hybrydowej strony literacko-publicystyczno-naukowej: http://zimniak.art.pl/.

 

Dodaj komentarz