Tomik otwiera krótki artykuł opowiadający o korzeniach steampunka w literaturze. Możemy więc dowiedzieć się, co łączy animowane „Laboratorium Dextera” z powieściami Juliusza Verne’a, dlaczego steampunk w Ameryce to wcale nie jest steampunk oraz w jaki sposób nowoczesna literatura stała się zniewieściała. Jeśli to Wasze pierwsze spotkanie z gatunkiem, nie ma powodów do obaw: zarówno państwo VanderMeer, jak i Jess Nevins, autor wstępu, postarają się, byście poczuli się jak w domu. Żeby jednak czytelnik nie zasiedział się zbytnio, już pierwsze opowiadanie (czy raczej fragment książki) rzucają nas na głęboką wodę.
„Błogosławieństwo” to króciutki, zaledwie dwukartkowy wycinek z powieści „The Warlord of the Air” Michaela Moorcocka. Chociaż krótki, działa jak iskra elektryczna, porywając czytelnika i rozpalając jego głód przygód. Wspaniała bitwa powietrzna pomiędzy sterowcami i maleńkimi mechanicznymi „szerszeniami” jest jak kinowy zwiastun: pokazuje to, co najlepsze. Po przeczytaniu „Błogosławieństwa” wiedziałam dwie rzeczy: w przyszłości sięgnę po książkę Moorcocka, a tomiku „Steampunk” nie odłożę, dopóki nie dobrnę do ostatniej strony. Tekst „praojca steampunku” rzuca na kolana, chociaż jest zaledwie fragmentem historii, jej rdzeniem, i wysoko stawia poprzeczkę pozostałym opowiadaniom tomu.
Na szczęście następująca po nim „Maszyna Lorda Kelvina” nie odbiega zbytnio od narzuconego poziomu. Szalony naukowiec pragnący zniszczyć Ziemię i jego przeciwnik, który by ją ocalić… wykorzystuje pomysł zamachowca. Żeby nie było zbyt łatwo, do akcji wkracza trzecia ekipa, której plan ratunku może przynieść więcej szkody niż faktyczny zamach. Opowiadanie zaczyna się praktyczne od końca, a akcja wije się jak zwariowany wąż, trzymając w napięciu od początku do końca. Pomysły na uratowanie Ziemi są z pewnością nieprawdopodobne i fantastyczne, ale nie o prawdopodobieństwo tu chodzi, lecz o magię świata przedstawionego. Ta zaś znakomicie odgrywa swoją rolę i wciąga czytelnika aż do ostatniego zdania.
Chwilę wytchnienia przynosi „Dar ust” Iana R. MacLeoda. Jest to jednak wytchnienie pozorne. Niby nic się nie dzieje: jakiś chłopiec wędruje sobie po kopalnianych hałdach, wraca do domu, rozmawia z ojcem. Pierwsze strony to przedstawienie świata, w którym rozgrywa się historia: mrocznych kopalni i wyzyskujących robotników władców, zastraszanych przez okrutną królową. Z czasem coś zaczyna się dziać, jednak dosyć leniwie; fabuła obywa się bez wstrząsów aż do ostatniej strony, kiedy wydarzenia zaczynają przypominać zapis sennego koszmaru. Przez całe opowiadanie przewijają się mroczne obrazy brudnego, okrutnego świata, jakby żywcem wyjęte z obrazów Boscha. Jednak rzeczą, która naprawdę mnie uderzyła, jest głęboka symbolika nawiązująca do religijnej „Wizji Piersa Plowmana”. Wieża, Łąka i Otchłań, u MacLeoda jednakowo przerażające, nie dają nadziei na zbawienie… do czasu. Choć zakończenie jest zdecydowanie surrealistyczne i oderwane od treści pierwszych stron, fascynuje i wstrząsa umysłem czytelnika.
Kolejne opowiadanie, „Słońce na poddaszu”, z pewnością ma wielki potencjał. Mary Gentle przedstawiła w nim świat rządzony przez kobiety, gdzie małżeństwa bogatych dziedziczek z kilkoma mężczyznami naraz są na początku dziennym, a matriarchat panuje już od zamierzchłych czasów. Niestety, ten egzotyczny dla nas pomysł został nieco zaniedbany. Sama historia zaginionego naukowca i jego odkrycia, a także politycznych szachrajstw bohaterek wydaje się nieco blada i może nawet – niedokończona.
Niewątpliwie ciekawym tekstem jest „Nadciąga bóg klaun” autorstwa Jay’a Lake’a. Niezwykła historia z niezwykłego świata: szanowany rzeźbiarz golemów podejmuje się stworzenia potwora mogącego zagrażać statusowi quo Mrocznego Miasta. Rozterki mężczyzny, jego kontakty zarówno z płatnymi mordercami, jak i niebezpiecznymi zleceniodawcami zmieniają stosunkowo krótkie opowiadanie w paradę skomplikowanych, mrocznych osobowości na tle ponurej miejskiej panoramy. Otwarte zakończenie pozwala czytelnikowi na snucie domysłów na temat wytworu rzeźbiarza i niepewnej przyszłości steampunkowego świata.
Moim zdecydowanym faworytem spośród opowiadań zawartych w zbiorze jest „Spotkanie Parowego Człowieka z prerii i Mrocznego Jeźdźca: powieść wagonowa”. Zawiera ono wszystko, czego może się spodziewać osoba zaczynająca przygodę z gatunkiem (a przynajmniej, czego ja się spodziewałam): olbrzyma napędzanego parą, nawiązań do Wellsa, Indian, potworów i strzelaniny. Jeśli ten krótki opis brzmi Waszym zdaniem naiwnie, to przyznaję się do winy. Nie jestem w stanie oddać złożoności stylistycznej opowiadania Lansdale’a. Jakie więc jest? Okrutne i brutalne. Naturalistyczne. Ociera się również o science-fiction, dzięki podróżom w czasie i zaburzeniom wymiarów. Moim zdaniem to jeden z najlepszych tekstów zaprezentowanych przez redaktorów.
Zgrabnym zabiegiem jest zwrócenie się w stronę „kobiecego” steampunku w opowiadaniu „Klub Księżycowego Ogrodnictwa” Molly Brown. Jak wprowadzić w życie pomysł kolonizacji kosmosu i jednocześnie rozwiązać problem zanieczyszczenia miasta? Sympatyczne panie z Baltimore znają odpowiedź na to pytanie. Niezbyt długa, zabawna i bardzo sympatyczna opowiastka prezentuje jasną stronę steampunka, niosącą przede wszystkim nadzieję na świetlaną przyszłość.
Moim zdaniem najpoważniejszym tekstem w zbiorze jest długie opowiadanie azjatyckiego mistrza pióra, Teda Chianga, zatytułowane „Siedemdziesiąt dwie litery”. To właśnie to dzieło wzbudziło moje największe zainteresowanie: Chiang jest wielokrotnie nagradzanym prestiżowymi nagrodami pisarzem opowiadań. Nigdy nie sięga po dłuższe formy, ale w żaden sposób nie odbija się to na wartości tekstu: w „Siedemdziesięciu dwóch literach” autor zawarł zarówno elementy kultury żydowskiej, mechaniczny steampunkowy świat, jak i zakamuflowane rozważania na tematy etyczne. Trzeba przyznać, że tekst czyta się dosyć ciężko, gdyż wymaga on maksymalnego skupienia i uwagi. Nie jest to jednak zbyt wysoka cena za mistrzostwo, jakie możemy dzięki temu podziwiać. Historia Roberta, zdolnego twórcy mechanicznych golemów i badacza imion, przedstawia zagrożenie, którego ludzie obawiają się od momentu wynalezienia robotów. Lęk przed utratą władzy nad nimi lub przeciwnie, przejęciem jej w sposób absolutny. Kontrola istnienia, tworzenia i ostatecznie kontrola nad wszystkim, co żyje. Chiang przedstawia współczesny świat pod sprytną przykrywką wiktoriańskiej scenografii.
Wraz z następnym tekstem znów następuje zmiana nastroju, dzięki czemu lektura tomiku przypomina jazdę na rollercoasterze, która nigdy się nie nudzi. „Wiktora” autorstwa Paula Di Filippo ukazuje brudny, pełen podejrzanych typków półświatek XIX-wiecznego Londynu i sterylny, nieco naiwny, lecz władczy świat naukowców bawiących się w boga. Wszystko razem tworzy zwariowaną historię, pół-kryminał, pół-komedię o młodziutkiej królowej, która zmęczyła się siedzeniem na tronie i jej impersonatorce, mającej zgubny pociąg do mężczyzn i… much. Od opowiadania nie sposób się oderwać, a jego zakończenie jest jednym z najlepszych, jakie ostatnio czytałam: zabawne, z mocną puentą, pozostawiające czytelnika z uśmiechem na ustach, ale też pewnym posmakiem goryczki, przypominającym, że życie nie zawsze toczy się tak, jakbyśmy tego chcieli i że pewne konsekwencje naszego postępowania są nieuniknione.
„Odbite światło” Rachel E. Pollack stanowi krótki przebłysk, wycinek z większej historii zaprezentowany w intrygującej formie. Młoda Vick zapisuje na woskowych cylindrach swój głos, opowiadający historię jej znajomości z kaletnikiem, kobietą imieniem Dell. Zaledwie cztery króciutkie cylindry historii, a ile znaczenia: czytelnik poznaje bolesny, niesprawiedliwy świat w jakim żyją kobiety, ich obowiązki i nadzieje. Paradoksalnie, dalszy los narratorki nie jest znany: to zaginiona Dell powraca i zmienia świat. Czytelnik nigdy nie dowiaduje się, czy spotkanie przyjaciółek kiedykolwiek miało miejsce i czy Vick miała wpływ na jakiekolwiek z wydarzeń, które wstrząsnęły Pustoświatem.
Zbliżamy się niestety do końca tomiku. Opowiadanie „Minuty ostatniego spotkania” Stepana Chapmana to klasyczna alternatywna historia, w której carska Rosja grozi światu bombą atomową, a tajnymi siłami kraju zawiaduje nanotechnologiczny, inteligentny robot. Każdy akapit historii prezentowany jest z punktu widzenia innego bohatera. Szybkie przeskoki sprawiają, że opowieść może wydawać się chaotyczna i trudna w czytaniu, mnie jednak w całości wciągnęła. „Minuty…” to prosta historyjka w skomplikowanej formie, która obudziła we mnie dużą ciekawość przedstawionego świata.
Zbiór zamyka „Ustęp z trzeciego i ostatniego tomu plemion wybrzeża Pacyfiku” Neala Stephensona. Jest to krótkie opowiadanie nawiązujące do większego dzieła autora: powieści „Diamentowy wiek”. Ma formę raportu, a właściwie jego fragmentu, przedstawiającego ostatni etap misji Ekspedycji Etnograficznej, która zmuszona była stawić czoło licznym przeciwnościom. Wśród nich znalazły się bitwy z barbarzyńcami w parowych 4Kołowcach oraz organizacja obrony zrujnowanego centrum handlowego, pochodzącego z zamierzchłej ery atomowej. Nieco uroku całości odejmuje fakt, że poznajemy jedynie zakończenie niebezpiecznej wyprawy, a jej faktyczny przebieg oraz wygląd skomplikowanego skądinąd świata przedstawionego czytelnik zmuszony jest odtworzyć z rozmów bohaterów.
Antologia autorstwa Ann i Jeffa VanderMeerów prezentuje różne spojrzenia na tematykę steampunku: od mrocznego, „męskiego”, pełnego krwi i dymu parowozów do lekkiego, porywającego i bawiącego się konwencją. Jestem pewna, że dzięki temu każde opowiadanie znajdzie swoich fanów. Wydawnictwo Ars Machina wystartowało na rynek znakomitą pozycją, którą gorąco polecam nie tylko miłośnikom steampunku, ale także osobom nie mającym z nim jeszcze styczności.
Korekta: Aleksandra Żurek
Książka dostępna jest w sprzedaży bezpośredniej u wydawcy pod adresem: www.arsmachina.pl oraz w księgarniach internetowych.




















































