W tajemniczych okolicznościach ginie młoda kobieta. Sprawę prowadzi inspektor Aleksander Wojciechowski, który szybko dochodzi do wniosku, że „Archiwum X” jest zabawne jedynie w telewizji – w rzeczywistości natomiast, nadprzyrodzone zagadki mogą człowieka doprowadzić do obłędu. Dosłownie i w przenośni. Jak na złość, dziwnych zdarzeń w śledztwie nie brakuje, a nieustające uczucie déjà vu, to tylko jeden z wielu problemów, dręczących inspektora i jego współpracowników. Kto skrzywdził Ewę Kowalską? Co mają wspólnego z morderstwem koszmarnie brzydkie ramy i słowo „Ymar”, wypisane na ścianie krwią? Co knuje Kliwen, białowłosy mężczyzna, który przewija się przez całą historię, niczym anachroniczny lajtmotiv? I wreszcie – co jest snem, urojeniem lub igraszką demona, a co rzeczywistością?
Inspektor Wojciechowski staje przed nie lada wyzwaniem – musi zweryfikować kilka ważkich poglądów (z nieufnością do komputerów włącznie) i zaakceptować fakt, że zjawiska nadprzyrodzone czasem bywają realne aż do bólu. Ani policjant, ani jego wierny giermek, technik Michał Smolik, ani tym bardziej Agata Chomrzan, „charakterna” pani doktor – patolog, nie mogą czuć się bezpiecznie, ponieważ w ciemnościach czai się Zło: starsze niż świat, sprytne i wyjątkowo bezwzględne. Czai się w mroku, bawi się czasem i przestrzenią, a gdy zachodzi potrzeba, przenika nawet do internetowych serwisów randkowych... Czy można pokonać coś tak potężnego?
„Ymar” Magdaleny Kałużyńskiej nie jest, wbrew temu, co głosi etykieta na okładce, typowym horrorem (o ile coś takiego w ogóle istnieje) – to horror… humorystyczny, pełen skrzących się dowcipem dialogów i groteskowych – żeby nie powiedzieć – absurdalnych, sytuacji. Tak, to paradoks, ale wystarczy przypomnieć „Miasteczko Twin Peaks”, żeby uświadomić sobie, że tego rodzaju mariaże czasem bywają bardzo udane. Krwawej łaźni w powieści nie brakuje: trup ściele się tutaj gęsto i w nader oryginalny sposób, a mimo to, humor jest nieustannie obecny – dlatego „Ymar” przywodzi na myśl twórczość Joanny Chmielewskiej. Bohaterowie Kałużyńskiej budzą sympatię, ponieważ nie przypominają bezdusznych pomników: są bardzo ludzcy i mają wiele słabostek, które często wychodzą na jaw. Nie wszystko im się udaje. Czasem – skąd my to znamy? – nie wiedzą, co zrobić, w którą stronę skręcić, jak zacząć rozmowę lub jak poprosić o pomoc. Słowne pojedynki inspektora Wojciechowskiego i Michała Smolika, choć miejscami trochę przydługie, wywołują uśmiech na twarzy, podobnie jak przemyślenia doktor Chomrzan czy Ewy Kowalskiej. Prawdziwość i pełnowymiarowość postaci, to niewątpliwe zalety debiutu powieściowego Magdaleny Kałużyńskiej, ponieważ żadne nadprzyrodzone zagadki nie są w stanie zastąpić czytelnikowi możliwości nawiązania bliskich relacji z fikcyjnymi bohaterami.
Nie da się jednak ukryć, że tym, co najbardziej zwraca uwagę w „Ymarze”, jest jego konstrukcja. Utwór charakteryzuje się narracyjną niejednorodnością, współgrają w nim rozmaite elementy: monologi wewnętrzne, fragmenty stricte dialogowe, poetyckie wstawki (nawiązujące do stylu biblijnego), a nawet urywki opowiadania, pisanego przez jedną z bohaterek. W dodatku niektóre partie utworu powtarzają się, dzięki czemu czytelnik grzęźnie w pętli czasowej i zostaje zmuszony do oglądania tego samego wydarzenia w różnych wariantach. Można zaryzykować twierdzenie, że „Ymar” to, między innymi, literacka próba oddania uczucia déjà vu. „Ktoś już kiedyś wypowiedział takie zdanie… Ta scena już się wydarzyła… Widziałem już kiedyś tego człowieka... Miałam do czynienia z podobnym przypadkiem…”. Nawet w warstwie słownej dają się zauważyć powtórzenia, uporczywie powracające refreny (jak chociażby dwa wersy pewnej piosenki), które pogłębiają wrażenie, że powieściowy czas biegnie zupełnie inaczej, niż powinien. A może w ogóle nie biegnie?
Tajemnic, nie tylko związanych z czasem, pojawia się w „Ymarze” o wiele więcej. Sporo tu także symboli, które na pewno zainteresują odbiorców, lubiących analizować literaturę pod kątem kulturowych nawiązań. Martwe pole, drzewo, zakaz grzebania ludzkich szczątków, pradawne Zło i jego strażnik, zazdrość demona o kobiecą płodność – wątki tego rodzaju dają duże pole do popisu dla czytelniczych Sherlocków Holmesów i doktorów Watsonów. Nie należy jednak zapominać, że powieść Kałużyńskiej to przede wszystkim utwór rozrywkowy. Taki, który intryguje i na kilka chwil odrywa od ziemi, pozwalając na swobodne orbitowanie bez cukru. Przyznaję, że na początku byłam trochę nieufna, myślałam nawet: „za dużo tu dialogów, to przecież pójście na łatwiznę!”, potem jednak, nie wiedzieć kiedy, okazało się, że dialogi ustępują miejsca innym fragmentom mięsistej prozy, ja natomiast coraz bardziej wciągam się w akcję.
Powieść Magdaleny Kałużyńskiej jest przemyślana, nie ma tu miejsca na konstrukcyjny czy fabularny chaos, dlatego warto się z nią zapoznać, szczególnie, że dużo w niej także lekkości i świeżości. Podejrzewam, że fabuła zbyt długo w głowie nie pozostanie – taki już los literatury popularnej, która łapie chwilę za ogon, nie oglądając się na wieczność – ale każda minuta literackiej przyjemności jest bezcenna, szczególnie, gdy za oknem robi się coraz bardziej jesiennie. Swoją drogą, nic chyba bardziej nie odpręża po długim dniu pracy, jak dobry dreszczowiec wieczorową porą… Polecam! Przed zastosowaniem tego lekarstwa nie trzeba konsultować się ani z lekarzem, ani z farmaceutą – wystarczy otworzyć książkę i pozwolić jej Działać.
Korekta: Natalia Bieniaszewska
















































