Debiutancka powieść Magdaleny Kałużyńskiej opowiada historię nie z tej Ziemi. Historię ponurą, oślizgłą i pełną przemocy. Niezrozumiałe zdarzenia przeplatają się z rwanym i bezsennym śledztwem dwóch policjantów. Inspektor Wojciechowski i jego podwładny, Michał Smolik, stają przed nie lada tajemnicą – okazuje się, że nawet w sferze najprostszych faktów nic nie jest takie, na jakie wygląda. Zaraz po wejściu policji i techników do pokoju brutalnie zamordowanej kobiety rozpoczyna się dziwny spektakl. Miejsce zbrodni, w miarę obserwacji i dalszej analizy, staje się jeszcze bardziej niezrozumiałe. Każdy aspekt, każda drobnostka zauważona przez policjantów umacnia w nich poczucie, że „coś tu jest (bardzo) nie tak”. Dalsze wydarzenia tylko upewniają Wojciechowskiego, że wszystko, co się wokół niego dzieje, jest „wierutną bzdurą” – inspektor inaczej tego nazwać nie umie. Już na samym początku do osobliwego śledztwa dołącza Agata Chomrzan, lekarka i patolog, współpracująca z policją. Dalszy opis fabuły nie ma sensu, gdyż użyte przez autorkę specyficzne zabiegi i przygotowane pieczołowicie niespodzianki skutecznie uniemożliwiają nawet najkrótsze streszczenie bez ujawniania ważnych szczegółów. Dlatego skupmy się na technikaliach...
„Ymar” łączy w sobie znakomity, gęsty i nieprzyjazny klimat oraz przystępny język. Książkę czyta się szybko i dzięki temu można pochłonąć ją w jeden wieczór. Choć to dobry sposób, aby całkiem zatracić się w atmosferze powieści, to jednak po przewróceniu ostatniej strony można odczuć spory niedosyt. Główną wadą książki jest jej długość – raptem 240 stron z hakiem. Za mało, bardzo za mało, jednak zdaję sobie sprawę, że przeciągnięcie pokręconej fabuły jeszcze o kilka „poziomów zawirowań” mogłoby skutecznie czytelnika zniechęcić, a nawet znużyć. Kałużyńska wybrała w tej kwestii kompromis, przez co dobra rozrywka kończy się szybko, ale przez cały czas trzyma wysoki poziom. Zakręty fabularne stanowią główną siłę historii, choć, na szczęście, nie są zbyt nachalne, co często można zauważyć podczas oglądania filmowych horrorów. Historia ma głębszą warstwę, zaś nadprzyrodzone zjawiska są częścią czegoś większego. Odwołania do symboliki i starożytnych pism oraz wydarzeń również uwydatniają niepokojący, ciężki klimat. Czytając powieść w nocy, można niemal realnie odczuć akcję i autentycznie, wraz z inspektorem Wojciechowskim oraz z jego asystentem Michałem, przeżywać niesamowite śledztwo. Książka trzyma w napięciu do samego końca, zaś rozwiązanie zagadki – choć od pewnego momentu przewidywalne – nie razi i doskonale komponuje się z resztą opowieści.
Autorce trzeba oddać jedno – choć opisane zdarzenia są w swej niezwyczajności całkiem „zwyczajne i standardowe”, to bohaterowie stanowią oryginały na sporą skalę. Zarówno inspektor Wojciechowski, jak i technik Michał są polskimi policjantami z krwi i kości. Nie obejdą się bez krótkiego „o kurwa” we wstrząsającej/zaskakującej chwili, nie zapomną też o chamskim dowcipie, czy wrednym docinku wymierzonym w kolegę po fachu. Są od siebie zupełnie różni, posiadają szereg charakterystycznych cech, każdy ma własne życie, problemy i rozterki. Widać wyraźnie, że na przekonujący opis pozostałych postaci nie zostało Kałużyńskiej zbyt wiele miejsca. Jednakże – dwóch doskonałych bohaterów w pełni nadrabia wszelkie braki innych osób. Nie sposób nie polubić zarówno doskonale wyważonych przekleństw, jak i sympatycznych, wręcz uroczych (jeśli humorystyczna wulgarność i prostota wypowiedzi może być urocza) rozmów i analiz, tropów i poszlak. Krótkie docinki oraz wszelkie dowcipkowanie musi być odpowiednio dobrane – musi pasować do sytuacji. I to się właśnie udało Kałużyńskiej – rozładowanie napiętych sytuacji jest naturalne i w pełni zrozumiałe. Postawa policjantów: zdenerwowanie i znużenie – również. Z każdą kolejną kartką ocieramy się o prawdziwych śledczych, choć – trzeba przyznać – nie zawsze możemy odpowiednio wczuć się w daną sytuację. Rwana konstrukcja akcji, przeskakiwanie pomiędzy onirycznymi wizjami a realnym śledztwem skutecznie wymuszają skupienie się i uważne śledzenie równoległych (niekoniecznie chronologicznie) wydarzeń.
Przyznaję bez bicia – „Ymar” mnie uwiódł. Jako fan literatury fantastycznej i kryminalnej, znalazłem tutaj dokładnie to, czego się spodziewałem. Jednak – jak już wspomniałem – odczuwam spory niedosyt. Ten niewybredny, cierpki dowcip Wojciechowskiego, ten pracoholizm Smolika, ta ich wspólna bezsenność i walka z irracjonalnością dowodów i poszlak, a w końcu te „ciekawe” i dość oryginalne opisy masakr i morderstw – stanowczo za mało! Wiele książek ma swój własny charakter, pewną iskrę, która pobudza czytelnicze zmysły i nie pozwala oderwać się myślami od historii, bohaterów i fikcyjnej rzeczywistości i właśnie tak jest w tym przypadku. Specyficzny płomyczek nęci, kusi i zaspokaja nas w pełni na czas lektury. Ale potem... gdzieś znika, ulatnia się, pozostawiając niesmak rozczarowania na twarzy. Dobry klimat powinien trwać wiecznie, a jeśli to niemożliwe, to jak najdłużej.
Korekta: Natalia Bieniaszewska
















































