Chociaż jest to kontynuacja powieści z 2005 roku, Covin w przedmowie stwierdza, że ci, którzy nie czytali „Wilków Fenrydera” (wydane w Polsce w 2008 r.), nie muszą nadrabiać zaległości przed przystąpieniem do „Stanów...”, bo „każda z książek może istnieć osobno”. Nie jest to do końca prawda. Nieznajomość pierwszej części czasami przeszkadza. To, co czytelnik powinien już wiedzieć, jest, co prawda, przypomniane i wyjaśniane, więc nie ma mowy o nieporozumieniach. Problem stanowi jednak to, że Covin trochę sobie pogrywa z nowym czytelnikiem i wkłada w usta bohaterów niedokończone wypowiedzi i nierozwinięte wspomnienia dotyczące wydarzeń z poprzedniego tomu. Jest to jakiś sposób na zachęcenie do kupna pierwszej części, ale bardzo drażni i rozprasza odbiorcę.
Covinowi zamarzyło się, by napisać thriller z elementami grozy i fantastyki. W pewnym momencie chyba mu się jednak odechciało, bo ostatecznie napisał kawałek prozy obyczajowej z elementami grozy i fantastyki. Po mocnym i zachęcającym prologu napięcie poleciało na łeb, na szyję i zaczęliśmy przyglądać się zwykłemu życiu przeciętnej, młodej kobiety. Jodie Stevenson, bo tak się nazywa, właśnie dostała posadę sekretarki. Niestety, szef jej nienawidzi i okazuje to na każdym kroku. Na domiar złego, matka bohaterki wykazuje objawy początkowego stadium choroby Alzheimera. Oprócz Jodie, która dołączy do brygady detektywa Modina, poznamy mnóstwo różnych postaci, z czego może pół tuzina jest naprawdę istotnych. U Covina każda postać musi mieć głęboki rys psychologiczny, ciężkie przeżycia na koncie lub przynajmniej snuć superważne refleksje o polityce czy sztuce, nawet jeśli pojawia się tylko po to, by zaraz coś ją zabiło. Usiłując nie skarżyć się na bezsensowność poznawania tylu charakterów, bo a nuż okażą się ważne, snułam się za tymi wszystkimi bohaterami, aż dotarłam do zakończenia – które było jednym wielkim rozczarowaniem, pomimo kilku zwrotów akcji.
Elementy grozy są. Sporadycznie czyjeś koszmary stają się rzeczywistością i leje się krew. Momenty te wychodzą Covinowi bardzo dobrze. Potrafi budować napięcie i przerażać makabrycznymi opisami, ale jest ich zbyt mało i giną w przesadnie rozbudowanych opisach bohaterów.
Fantastyka w „Stanach prymitywnych” to Wilki Fenrydera i ich nadludzkie moce. Pomysł autor miał niezły, ale nie wykorzystał nawet części potencjału. Gdyby, zamiast na kolejnych postaciach, skupił się na bractwie i dał je lepiej poznać, Wilki mogłyby stać się świetną alternatywą dla tak popularnych teraz wampirów i wilkołaków, bo niewątpliwie są czymś świeżym i interesującym. Po przeczytaniu noty wydawcy, właśnie czegoś takiego oczekiwałam i może dlatego tak wielkie było moje rozczarowanie.
„Stany prymitywne” nie są książką od początku do końca złą. Czyta się ją lekko i szybko. Jeżeli komuś tylko na tym zależy, to nie musi szukać dalej. Jednak odbiorca wymagający od powieści poziomu dobrego, a nie średniego czy przeciętnego, bardzo się zawiedzie.
Korekta: Natalia Bieniaszewska
Książkę można kupić m. in. TUTAJ.



































