piątek, 02 lipca 2010 18:39

Moty i demoty 4

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Zastanawiając się nad motywem mędrca, jak zwykle przeleciałem wszystkie moje rzeczywiste i wirtualne biblioteczki w poszukiwaniu przykładów mających tenże motyw zobrazować. Poszukiwanie brodatych staruszków zakończyło się na Gandalfie i Dumbledorze. Mało, niedobrze, tym bardziej że „Władca” już pojawił się w tym cyklu. Lecz oto mój wzrok został ściągnięty przez figurkę stojącą pod monitorem. Mistrz Yoda made in China for McDonald’s (ciekawe czy na Facebooku istnieje grupa „kiedy idę do McDonalda zawsze kupuję Happy Meala”) podpierając się laską spojrzał na mnie spod swych ciężkich powiek i zdawał się pytać: „a ja?”. Olśniło mnie – przecież mędrzec nie musi mieć zawsze wizerunku biblijnego Boga Ojca, może być np. małym, zielonym, pomarszczonym kosmitą z wielkimi odstającymi uszami. Kwerenda przeprowadzona ponownie z odrobinę zmodyfikowanymi poleceniami wyszukiwawczymi wypluła wyniki, z których wysnuć można wniosek: gdzie uczeń, tam i mistrz.

Zacznijmy jednak standardowo. Do tej pory starałem się omijać Harry’ego Pottera szerokim łukiem wiedząc jednak, iż i na niego przyjść musi kiedyś pora, jako że powraca nieodmiennie przy podobnych motywowych rozważaniach, jak zły szeląg. Zatem dajmy mu szansę, a może raczej nie jemu, a jednemu z bohaterów powieści – Albusowi Percivalowi Wulfrykowi Brianowi Dumbledore’owi (uff). Kojarzycie? Siwe włosy, długa broda, haczykowaty nos, niebieskie oczy i okulary połówki. Podobno także niestety gej, choć ukrywał to chyba dosyć dobrze, skoro zrobili go dyrektorem szkoły. Podziwiany przez cały czarodziejski świat, nie zawsze lubiany, lecz zawsze szanowany. Wyrocznia we wszystkich sprawach, prawdziwy człowiek renesansu. Dawał zbiorowe poczucie bezpieczeństwa i jedności, zarówno swoim uczniom, jak i większości społeczeństwa. Ponadto, jak możemy przeczytać na jego karcie z czekoladowych żab, miłośnik kręgli i muzyki kameralnej. Przy tym ma naprawdę duże, choć czasem dosyć abstrakcyjne poczucie humoru. Jednak to nie on został  głównym bohaterem powieści J.K. Rowling. Dlaczego? Bo taki bohater nie może być przecież ideałem, byłoby za nudno. Ma jednak w tej powieści należne sobie miejsce, jest niejako gwarantem całej koncepcji świata, jak trwoga, to zawsze można się zgłosić do Dumbledore’a, a on na pewno znajdzie jakieś wyjście z zaistniałej sytuacji. Dlatego ciekawym zabiegiem było uśmiercenie go. Wszystko wywróciło się do góry nogami, oto nasz mędrzec popełnił w końcu błąd, który kosztował go życie. Przegraliśmy, siły zła triumfują, ostatni gasi światło. Ale nie! Okazuje się, że nawet śmierć sam sobie wybrał, czym ostatecznie potwierdził swoją niemal zupełną nieomylność i przyczynił się w walny sposób do ostatecznego zwycięstwa dobra nad złem.
Siłą rzeczy kolejny przykład również przeznaczony jest raczej dla młodszego czytelnika, najwidoczniej w takich powieściach występują najczęściej relacje mistrz-uczeń, a więc także motyw mędrca. Mam na myśli trylogię (a po podziale ostatniego tomu, to już raczej sagę) „Dziedzictwo”, czyli po prostu popularnego „Eragona” autorstwa Christophera Paoliniego. Mistrzów mamy tu dwóch, a obaj są Shur’tugalami – Smoczymi Jeźdźcami. Pierwszy to Brom - człowiek, ukrywający się pod przykrywką wioskowego bajarza,  który jak w południowoamerykańskich telenowelach okazuje się ojcem głównego bohatera. Jest on pierwszym nauczycielem Eragona podczas szkolenia na Smoczego Jeźdźca. Kolejny mistrz (czy też ebrithil w pradawnej mowie) to sędziwy elf Oromis, zwany także z japońska Osthato Chetowa (Mędrzec w Smutku Pogrążony) lub Togira Ikonoka (Kaleka Uzdrowiony). Obaj prowadzą za rączkę głównego bohatera i podobnie jak mędrzec z poprzedniego akapitu są jedyną ostoją dobra, choć to dobro jest tutaj w głębokiej defensywie, a działa jedynie sposobem partyzanckim. I również podobnie, obaj giną. Nie ma się zatem co dziwić, że w dzisiejszych czasach rodzaj mędrca jest na wymarciu. Cóż robić, skoro ma taką skłonność do bycia mordowanym.

Jak już się tak rozkręcamy, to teraz będzie kliku mędrców jednocześnie. Chociaż może skupię się na pierwszym. A w powieści Patricka Rothfussa „Imię wiatru” pierwszym mędrcem głównego bohatera (bo jakżeby inaczej) jest Abenthy, absolwent Uniwersytetu, który naucza małego Kvothe’a tajników magii. Ten mędrzec jednak wyjątkowo charakteryzuje się rozwiniętym instynktem samozachowawczym, szczęściem oraz wyczuciem, gdyż odłącza się od cyrkowo-teatralnej grupy, gdzie te pierwsze nauki mają miejsce, niedługo przed masakrą, z której żywy wychodzi oczywiście tylko główny bohater. Dalsze losy Abenthy’ego nie są póki co znane, gdyż „Imię wiatru” jest pierwszym tomem „Kronik Królobójcy”, a następnych jakoś nie widać. Drugi tom miał wyjść w zeszłym roku, ale coś nie pykło – ostatnio znalazłem w necie zapowiedź na marzec 2011 – Rothfuss najwyraźniej cierpi na brak weny. Jednak wracając do Bena (tak, to skrót od Abenthy), wpłynął on jeszcze na losy swojego podopiecznego. W podarowanej mu książce napisał dedykację, która później została uznana za poręczenie przy przyjęciu Kvothe’a na Uniwersytet. A właśnie tam ma styczność z kolejnymi mistrzami-nauczycielami. Każdemu z nich można by poświęcić parę zdań, ale to może przy innej okazji.

Wróćmy jednak do mistrza Yody, który natchnął mnie niejako do takiego, a nie innego potraktowania tematu. W pierwszym epizodzie „Mrocznego widma” poznajemy go już jako najpotężniejszego z Jedi, od którego zdania zależy decyzja całej rady. Brał udział w szkoleniu wielu spośród młodych adeptów zakonu. Podczas wojen klonów, jako jeden z nielicznych Jedi uniknął pogromu i schronił się na bagiennej planecie Dagobah. Tam szkolił później Luke’a Skywalkera i niedługo potem zmarł ze starości (jeśli nie pomyliłem się co do starwarsowej chronologii, to żył 900 standardowych lat).  Yodę najbardziej lubię za jego charakterystyczne, agramatyczne złote myśli w stylu: „śmierć naturalną częścią życia jest” albo „młody Anakin, przyszłość mglista jest. Łatwo zdradzić nas i na ciemną stronę mocy przejść”. No proszę, nawet się rymuje.
Odchodząc trochę od schematu, nie będzie teraz gry, ale dla odmiany anime. Nie należę może do wielkich fanów, lecz mam kilka swoich ulubionych, a omawianą teraz znam na wyrywki – wszystkie kilkaset odcinków widziałem po kilka razy i nadal nie mam dość. Mam na myśli „Dragon Ball”, klasykę i chyba jedną z najbardziej popularnych anime. Mędrców mamy tu pod dostatkiem, a dziwnym trafem większość (nie licząc mistrzów nameczańskich i Wielkiego Karina) to lubieżni dziadkowie, chętnie udzielający nauk w zamian za randkę z jakąś nastoletnią laską. Zacznijmy zatem od jednego z takich dziadków – Genialnego Żółwia. Człowiek, mistrz sztuk walki, pierwszy trener Son Goku, ale także Krilana, Yamchy czy Tenshinhana. Wspiął się na Świętą Wieżę, dzięki eliksirowi stał się nieśmiertelny (ma ponad 300 lat), twórca najsłynniejszego ataku w DB – Kamehame-Ha. Kolejny jest mistrz Świętej Wieży, wspomniany Wielki Karin, który wyglądem przypomina kota z laską, a ma chyba stanowić  parodię Yody, niemniej dzięki treningowi u niego Goku pokonuje Kryminatora. Wieża Karina ma połączenie z Wszechmogącym, który (wraz ze swoim sługą Panem Momo) trenował Goku przed starciem z Szatanem Serduszko Juniorem (Piccolo). Zarówno Wszechmogący jak i Szatan to Nameczanie, a więc jest to trochę dziwna wizja dobra i zła, które pochodzą z kosmosu i tak naprawdę są jedną osobą. Ostatni mędrzec, który jest stricte trenerem sztuk walki,  to Kaito – bóg północnych galaktyk. Trenuje on Goku w zaświatach po jego śmierci w walce z bratem Radimem, a przed powrotem do życia dzięki kryształowym kulom i walce z najeźdźcami z kosmosu – Kosmicznymi Wojownikami. Kaito żyje na małej planecie, ma bardzo suche poczucie humoru oraz jest twórcą takich technik jak Genki-dama czy Kaio-ken. Mędrców w „Dragon Ball” jest jeszcze masa, ale na tych poprzestanę, bo chyba za bardzo się rozkręciłem w przybliżaniu meandrów fabuły.

Podsumowując, mędrzec nie musi być, jak widzimy, poczciwym starcem z długą brodą, choć i tacy występują. Może być kosmitą, gadającym kotem lub śmiesznym staruszkiem śliniącym się na widok pań uprawiających w telewizji aerobik. Lecz wszystkich ich łączy jedno – mimo niektórych słabości są mistrzami i stanowią wzór do naśladowania w swojej dziedzinie. Nigdy także nie wychodzą przed szereg, zawsze skłonni do pomocy, lecz zwykle w cieniu głównych bohaterów.

1 Komentarz

  • Odnośnik do komentarzy piątek, 02 lipca 2010 20:40 Umieszczone przez: Natalia Bilska

    Chciałam tylko rzecz, że na fejsbuku ostatnio ciągle przewijał się test: Co ci dzisiaj powie Mistrz Yoda. Albo jakoś tak, ekhm ekhm. A odcinek jak zwykle świetny!

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz