niedziela, 20 listopada 2011 20:23

Eugeniusz Dębski, „Russian Impossible”

Świat idzie z postępem. Nawet w sztuce wojennej można dostrzec spektakularne zmiany. Kapitan Kamil Stochard miał okazję przekonać się o tym osobiście. Jednakże nie spotkał się ze wspaniałym, zabójczo skutecznym gatunkiem broni, lecz z nowym typem wroga, niezbyt imponującym, lecz na pewno zabójczo skutecznym. Od pewnego czasu już nie jest zwykłym policjantem, uganiającym się za pospolitymi bandziorami. W pewnym momencie swojej kariery stał się eksterminatorem guimonów – potworów, które pragną zagłady ludzkiej rasy.

Guimony to zło jeszcze dogłębnie niepoznane. Nikt nie wie, w jaki sposób wnikają w ludzkie ciało, ile ich jest i jaka siła nimi rządzi. Mając tak niewiele informacji o swoim przeciwniku, Kamil Stochard i jego ekipa są zmuszeni do walki po omacku. W takiej sytuacji cieszy każda, nawet malutka, ale zwycięska potyczka, która daje nie tylko satysfakcję, lecz także nowe informacje ujawniające tajemnice wroga.

Upojeni pierwszym wielkim zwycięstwem nad guimonami, na rosyjskiej wyspie Koniewiec, kapitan Stochard i jego przyjaciel Jerzy wyruszają w podróż do Luizjany. Jednak wyprawa nie ma szans na powodzenie. Telefon od Konstantina Sukonina burzy iluzję glorii i chwały. Ktoś porwał teściową i córeczki rosyjskiego milicjanta. Ta wiadomość odkrywa gorzką prawdę: zwycięska bitwa nie czyni wojny wygraną.

W takim momencie rozstaliśmy się z bohaterami powieści „Moherfucker” – drugiego tomu cyklu. W „Russian Impossible” akcja rozpoczyna się w chwili, kiedy Stochard i Jerzy wracają do Rosji, by wesprzeć przyjaciela i „towarzysza broni” w trudnych dla niego chwilach. Oczywiście, nie obejdzie się bez śledztwa – kto ośmielił się porwać członkinie rodziny wysoko postawionych rosyjskich „mientów”.

Na miejscu okazuje się, że w Sankt Petersburgu znów mają miejsce niezwykłe wydarzenia. Unikająca do tej pory konfrontacji z milicją cała przestępcza brać jakby oszalała. Na porządku dziennym są ataki na funkcjonariuszy, z których żaden nie wychodzi żywy. Członkowie gangsterskiego światka, których nie dopadł morderczy amok, w popłochu i po cichu opuszczają swoje miasto. Tego jeszcze w historii Pitry nie było.

Choć rosyjscy stróże prawa dwoją się i troją, by odnaleźć porywaczy córek Sukonina i rozwiązać zagadkę morderstw swoich współtowarzyszy, ich starania nie przynoszą rezultatów. Po prostu szukają nie tam, gdzie trzeba. Kapitan Stochard bardzo szybko dochodzi do jedynego słusznego wniosku. Za całą sytuację odpowiedzialne są guimony, a lawina wydarzeń ma na celu odwrócenie uwagi milicji od czegoś wielkiego, co dzieje się tuż pod jej nosem.

Nasz moherfucker cały czas ma wrażenie, że umyka mu coś ważnego. W zakamarkach jego umysłu błąka się nieuchwytna myśl, która jest kluczem do rozwiązania zagadki. Ta myśl jest jak zgaga, powoduje pieczenie w mózgu i nie pozwala normalnie funkcjonować. Mimo iż Stochard próbuje ją wywołać różnymi sposobami – zagubione w wyniku amnezji wspomnienie skutecznie się ukrywa w najmniejszej i najciemniejszej szufladce umysłu. Aż wreszcie, w najmniej spodziewanym momencie, rozum Kamila Stocharda wybucha gejzerem wspomnień. Przed jego oczami przewija się kalejdoskop obrazów i nagle kapitan już wie, jakie wskazówki mogą doprowadzić go do znienawidzonych guimonów. Od tej chwili nie tylko śledztwo rozwija się w zawrotnym tempie. Akcja również.

Kto czytał „Moherfuckera” wie, czego można się spodziewać po książkach autorstwa Eugeniusza Dębskiego. I nie rozczaruje się. Autor znów bez zbędnych ceregieli od razu wrzuca nas w wir wydarzeń. Nie ma czasu na nudne wstępy – tutaj toczy się akcja! Jednak do podniesienia naszej adrenaliny Dębski używa nie tylko sensacji. Gra także na naszych emocjach – mamy okazję przekonać się, że twardy i nieustępliwy Konstantin Sukonin ma uczucia. W gruncie rzeczy jest zwykłym człowiekiem, który kocha, cierpi i odczuwa bezsilność wobec zła zagrażającego jego rodzinie. Dzięki temu postać już w pełni zdobywa nasze serca.

Na uznanie zasługuje też fakt, iż w powieści pojawiają się nowi bohaterowie. Niektórym z nich przeznaczono tylko małe epizody, z innymi zdążamy się już zżyć i poczuć do nich sympatię. Niektórzy giną, a ich śmierć budzi żal, co do innych nabieramy pewności, że jeszcze się z nimi spotkamy. Oby nie za długo przyszło nam czekać na to spotkanie.

„Russian Impossible”, co jest oczywiste, spełnia wszelkie warunki ciekawej lektury. Akcja dzieje się szybko, bez zbędnych przestojów, nudnych opisów, ckliwych dialogów. Jest tu miejsce na sensację, zawrotne tempo wydarzeń, ale i na chwilę refleksji nad sensem życia. Autoironiczny sposób wypowiadania się głównego bohatera zaprawia tekst leciutkim smaczkiem humoru. Te wszystkie elementy tworzą ciekawą kompozycję, na którą nie szkoda przeznaczyć kilku wolnych chwil. Tylko kilku, ponieważ powieść jest tak wciągająca, że więcej czasu Wam nie zajmie. A kiedy już wyda nam się, iż mamy powody do happy endowej błogiej radości, znów okaże się, że guimony nie zasypiają gruszek w popiele. Co znowu wymyśliły swoimi oślizgłymi móżdżkami? Na pewno się dowiemy… ale dopiero za jakiś czas.

 

Korekta: Iga Pączek

Książkę można kupić m. in. TUTAJ.

Dodatkowe informacje

  • Autor: Eugeniusz Dębski
  • Tytuł: Russian Impossible
  • Data wydania: 01.11.2011
  • Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Runa
  • Pozostałe dane: ISBN: 978–83–89595–80–5
    Liczba stron: 368
    Format: 125x195
    Oprawa: miękka

Dorota Jundziłł

E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz