Napiszę więc tyle: Jean le Flambeur, tytułowy złodziej, zostaje porwany z więzienia przez piękną nieznajomą, Mielli, i musi pomóc jej w wykonaniu pewnego zadania, jeżeli nie chce trafić do wirtualnej paki z powrotem. Nic więcej czytelnik na początku wiedzieć nie musi, wręcz nie może, i żaden recenzent nie powinien nic więcej zdradzać.
Ta niewiedza jest celowa i założona przez autora, choć czytelnik może czuć się przez to bardzo zagubiony. Tu jakaś kwantopunktowa bańka, tam jakaś skorupa pseudomaterii – pojawiają się i znikają, bez żadnego wyjaśnienia. Może się odbiorca zdenerwować, że brutalnie i bez wprowadzenia został wrzucony w trybiki dziwacznej maszyny, pełnej naukowych neologizmów i obiektów tak niesamowitych, iż wyobraźnia wymięka; że nie wie, gdzie powieść jest osadzona, który to wiek, który to wszechświat, czy ludzie to ludzie, gdzie jest w tym wszystkim miejsce planety Ziemi i dlaczego ten gadający statek kokietuje naszego złodzieja jak realna osobowość?! Uczucie braku gruntu pod nogami może przyczynić się do irytacji i wyrzucenia książki przez okno, ale jest na to rada – spokój. Należy zawierzyć autorowi, pozwolić poprowadzić się za rączkę i cierpliwie podążać za twórcą, chłonąc ukazywane niesamowitości, by powoli zacząć je rozumieć. I chociaż nie wszystkie pojęcia będą dokładnie wyjaśnione, z czasem staną się czymś oczywistym. Na przykład możliwość zapakowania i odłożenia na bok jakiegoś niechcianego uczucia dzięki wyprodukowanej metakorze mózgowej, będzie całkowicie zrozumiała, choć wciąż szokująco niesamowita.
„Dysze napędzanych antymaterią silników plują ognistymi słupami rozpraszanych wstecznie mezonów i promieni gamma”…
Jak na hard sci-fi przystało, technologicznych czy fizycznych wymysłów znajdzie się mnóstwo i będzie to wyśmienita uczta dla pasjonatów nauki i słuchaczy aktualnych dyskusji o możliwościach ludzkości wobec najnowszych odkryć fizyki, cybernetyki itd. Nie oznacza to, że książka jest tylko dla najbardziej ścisłych umysłów. Nieważne, że ktoś nie potrafi ocenić, czy wynalazki autora w ogóle trzymają się kupy i są logicznie uzasadnione, skoro sama idea tych projektów jest cudowna i satysfakcjonująca. Wizja statku z żaglami ze światła po prostu mnie zachwyciła i niepotrzebna mi do tego wiedza o mezonach.
Nie tylko sztywno pojmowaną nauką ta powieść oddycha, bo owszem, są futurystyczne pojazdy czy bronie, ale jeszcze ważniejsze są sprawy „socjologiczno-psychologiczne”. Bardzo upraszczając, ludzki umysł jest czymś, co można wirtualnie kontrolować i kształtować. Można go włożyć w dowolne ciało, które jest tylko drugorzędną powłoką. Ale o tym trzeba samemu poczytać, więc już milknę. Jest tyle genialnych motywów, które aż piszczą, by o nich opowiedzieć, ale nie mogę tego zrobić, bo popsułoby to wam całą przyjemność i zaskoczenie – nad czym głęboko ubolewam (już nie mówiąc o tym, że niektóre pomysły wytłumaczyć byłoby bardzo trudno). Odkrywanie zasad panujących w świecie „Kwantowego złodzieja” i reguł, według których funkcjonuje społeczeństwo, to ekscytująca, intelektualna rozrywka. Jak ten Rajaniemi zdołał to wszystko wymyślić i pojąć? Jak to możliwe, że jego głowa jest normalnej wielkości i nie przypomina rozmiarami gigantycznej dyni? A w dodatku skubaniec ma PHD z teorii strun! Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem umysłu tego pana – zdołał szczegółowo obmyślić świat tak odległy, a tak rzeczywisty, który swą innością jednocześnie pasjonuje i przeraża.
Akcja powieści toczy się szybko, wydarzenia wciągają, bohaterowie są interesujący i obok sarkastycznego tonu głównej postaci, znajdzie się też trochę momentów komicznych (pewna scena z pudełkiem czekoladek nigdy nie przestanie mnie śmieszyć). Tu więc powinnam rzucić hasłem w stylu: „książka jest świetna i warto ją przeczytać”. Do takich książek jednak się nie zachęca. Do przeczytania takich książek rzuca się wyzwanie. A zatem, potencjalny czytelniku „Kwantowego złodzieja”, słuchaj: książka jest trudna i wymagająca. W trakcie lektury mózg będzie ci parować od intelektualnego wysiłku i zbliżania do granicy niewyobrażalnego. Po lekturze będzie pracować tak samo ciężko, aby sobie wszystko poukładać. Na pewno wszystkiego nie zrozumiesz i będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz albo przynajmniej wrócić do poszczególnych fragmentów. Czy wiedząc, że efektem końcowym będzie umysłowa rozkosz, jesteś gotów skazać na wycieńczenie trochę swoich szarych komórek?




















