Orson Scott Card, „Ender na wygnaniu”
Przez długie lata rozwoju fantastyki zostało napisanych wiele książek dobrych, bardzo dobrych czy nawet wybitnych. Możemy podziwiać złożoność fabuły, kreacje bohaterów czy świata, podjętą problematykę, ciekawe, coraz to nowe zabiegi, oryginalne połączenia i przekształcenia motywów i tym podobne. Jednak niektóre książki, ten niewielki ułamek procenta, wymykają się ocenom i klasyfikacjom, wychodzą ponad przyjęte rankingi i kanony. Wzbudzają wyłącznie bezkrytyczny zachwyt i to właśnie dla nich warto uczynić z czytania być może nie cel, ale jeden ze sposobów na życie. Nie można jednak wskazać konkretnej książki, dobrej dla ogółu czytelników, każdy z nas musi znaleźć swoją. Dla mnie taką powieścią, którą darzę niesłabnącym gorącym uczuciem, jest „Gra Endera” Orsona Scotta Carda. Nie dziwi zatem, iż na „Endera na wygnaniu” czekałem z ogromną niecierpliwością, lecz w końcu się doczekałem i niniejszym dzielę się wrażeniami z lektury.
Co działo się z Enderem po wygranej z robalami? To już z grubsza wiemy z końcówki „Gry…”, jednak tutaj zostało to dosyć szeroko rozwinięte. Ender nie może wrócić na Ziemię, wyrusza zatem do jednej z osieroconych przez formidów kolonii, w której ma zostać gubernatorem. Dręczony wyrzutami sumienia, ciągle szuka informacji i artefaktów, które umożliwiłyby mu dogłębne zrozumienie pokonanego wroga. Czy na Szekspirze znajdzie ukojenie?
Nie da się ukryć, że sięgając po „Endera na wygnaniu” miałem swoje oczekiwania, nadzieje i obawy. Oczywiście, od początku wiedziałem, że nie ma co liczyć na drugą „Grę…”, gdyż to zwyczajnie niemożliwe, a przynajmniej nie jestem sobie w stanie wyobrazić drugiej takiej powieści. Pozostało pytanie, czy będzie to płynna kontynuacja (bądź co bądź minęło dwadzieścia lat) czy też jakaś plastikowa proteza, działająca wprawdzie, ale jednak nienaturalna i uciążliwa. Czy będzie to raczej sequel „Gry Endera”, czy prequel – w mojej opinii dużo słabszego i zbierającego nagrody jeszcze na poczet swojej wcześniejszej części – „Mówcy Umarłych”. Wszystkie te i kilka innych pytań przestały być ważne w chwili otwarcia książki, gdy zobaczyłem tak znamienne rozpoczęcie rozdziału od maila, wzruszenie chwyciło mnie za gardło i zatraciłem się w najnowszej powieści Carda, nastawiając budzik jedynie po to, żeby się przypadkiem nie odwodnić i nie zostawić psa na pastwę losu przez cały dzień.
Ale do rzeczy. „Ender na wygnaniu” to nie prequel ani sequel, lecz, jak ujął to sam autor w posłowiu, midquel, nakłada się bowiem na końcówkę „Gry…”. Nie ukrywam, że ucieszyło mnie to bardziej, niż gdyby to miała być klasyczna kontynuacja. Jednak również z tego powodu „Ender…” nie jest samoistną powieścią, stanowi niesamodzielny (choć bardzo rozwinięty) dodatek. Absolutnym minimum przed lekturą jest przeczytanie „Gry Endera”, a warto również zapoznać się z cyklem Cienia, którego kilka wątków zostało tutaj rozwiązanych. Jak z zadowoleniem skonstatowałem, mimo upływu lat, kolejna powieść Carda utrzymała ten niesamowity klimat, tak charakterystyczny dla „Gry…”. Kunszt autora nadal pozwala nam, bez zbędnych, szczegółowych opisów, nie tylko zrozumieć uczucia przeżywane przez bohaterów, ale samemu je przeżywać. W odpowiednich momentach czy to nagle zdawałem sobie sprawę, że cieszę papę jak głupi, czy to w oczach stawały mi łzy lub z napięciem śledziłem polityczne rozgrywki. Skoro już o bohaterach i politycznych rozgrywkach mowa, dla niektórych czytelników małym rozczarowaniem może być chwilami postać samego Endera – Card chyba doszedł do wniosku, że skoro tak się chłopak męczy z tymi wyrzutami sumienia i obsesją na punkcie robali, to poza tym, można uczynić go doskonałym. Wskutek tego Ender okazuje się nie tylko wojskowym, ale i politycznym geniuszem, w ludziach czyta jak w książkach, osiąga sukcesy na każdym polu, wszystko czego dotknie, zamienia się w złoto, a każdego, kogo spotka, wyprowadza na prostą. Nawet gdy kogoś wykorzystuje, to ten ktoś także ma z tego profity, a gdy sam Ender zostaje ciężko pobity i o mały włos nie uśmiercony – i tak odnosi zwycięstwo. Tak czy inaczej, nie sposób go nie kochać, jest to jeden z tych bohaterów, którym najczęściej nie chcemy być, ale z którym chcielibyśmy się zaprzyjaźnić.
„Ender na wygnaniu” Orsona Scotta Carda to książka przede wszystkim (jeśli nie jedynie) dla miłośników jego wcześniejszych powieści. Jeśli podobnie jak ja, zatęskniliście za bohaterami znanymi z „Gry Endera”, mogę zagwarantować, że wprawdzie być może bez fajerwerków, ale będziecie zadowoleni. Jeśli nie czytaliście „Gry…” to czas najwyższy skorzystać z nowego wydania, które zapewniło Prószyński i S-ka, a jeśli czytaliście i wam się nie spodobało (są tacy?), to nie trudźcie się „Enderem na wygnaniu”. Niemniej, ja gorąco go polecam.
Korekta: Natalia Bieniaszewska
Książkę można kupić m.in. TUTAJ
Brian W. Aldiss, „Cieplarnia”
Science fiction kojarzy się zwykle z komputerami, statkami kosmicznymi, cyborgami, generalnie z wysokim rozwojem technologicznym. Pisarze zwykle roztaczają przed nami wizję fantastycznego świata za setki lub tysiące lat, konstruują złożone urządzenia, odkopują, modyfikują lub tworzą fantazyjne teorie naukowe i znajdują dla nich zastosowanie. „Cieplarnia” Briana W. Aldissa, będąca kolejną perełką w serii Klasyka Science Fiction wydawnictwa Solaris, przenosi nas w bardziej odległą przyszłość, nie ruszając się przy tym z Ziemi. Nie uświadczysz tu jednak żadnej technologii, większość planety pokrywa roślinność. Czyżby partia zielonych wygrała wybory do rządu światowego?
David Weber, „Rafa Armagedonu”
Skąd znam nazwisko: David Weber? Oto pierwsza myśl, która naszła mnie, gdy tylko zerknęłam na okładkę dopiero co otrzymanej książki. Zaraz też przypomniałam sobie, iż jest to autor obszernego cyklu o pani Honor Harrington (wzorowanym na marynistycznych powieściach C.S. Forestera z kapitanem Horatio Hornblowerem w roli głównej). Innymi słowy – autor, który zasłynął ze zgrabnego połączenia typowej powieści przygodowej, której akcja rozgrywa się na morzu, z kosmiczną rzeczywistością charakterystyczną dla opowieści science fiction.
Cormac McCarthy, „Droga”
Droga mieści w sobie pojęcie granicy, do której zdążamy, którą przekraczamy, obierając od razu nowy kierunek, mając przed sobą nowe horyzonty. Cel ma być wytłumaczeniem, powodem, dla którego w nią ruszamy. W książce Cormaca McCarthy'ego zniszczone autostrady prowadzą donikąd, nie ma też domu, do którego można by wrócić, a sny i wspomnienia są przekleństwem. Nawiązując do znanego motywu, niektórzy twierdzą, że życie jest drogą bez celu, inni – że cel jest ponad życiem. Amerykański pisarz przekonuje, że to nieprawda. Życie... – zdaje się mówić Cormac w nagrodzonej Pulitzerem „Drodze” – nie potrzebuje usprawiedliwienia, nagłych objawień, ani wiecznych nadziei.
Cormac McCarthy, „Droga”
Do czego bylibyśmy skłonni, walcząc ostatkiem sił o pożywienie, wodę lub schronienie? Czy walka o przetrwanie zawsze musi wydobywać z ludzi największe zło, ujawniać zwierzęce instynkty? Czy w obliczu katastrofy ludzkość jest w stanie zachować choć pozory człowieczeństwa?
Spalona, popękana ziemia, opuszczone i wymarłe miasta, splądrowane domy i sklepy, zwęglone ciała ludzi i zwierząt, wszechobecna cisza. Drogi pełne uchodźców pchających wózki ze swoim dobytkiem, szukających paliwa i pożywienia. Bandy łupieżców, wśród których szerzy się kanibalizm. Taki oto postapokaliptyczny świat przedstawia nam Cormac McCarthy w swojej powieści „Droga”.
Bohaterami książki są ojciec i syn, którzy samotnie przemierzając kolejne miasta, kierują się na południowe wybrzeże w poszukiwaniu jakiegoś cieplejszego miejsca. Zmarznięci, przemoczeni, głodni i bez sił, wędrują codziennie po kilkanaście kilometrów. Mężczyzna wszelkimi siłami stara się zapewnić chłopcu bezpieczne schronienie, by uchronić go od niebezpieczeństwa, czyhającego ze strony złych ludzi. Ojciec podtrzymuje w dziecku wiarę, że są „dobrymi ludźmi niosącymi w sobie ogień”, obiecując mu jednocześnie, że choćby nie wiem co, na zawsze nimi pozostaną. Mężczyzna jest jednak zbyt pochłonięty poszukiwaniem jedzenia i troską o życie swego syna, by zauważyć innych ludzi potrzebujących pomocy. Nie potrafi im zaufać – to chłopiec próbuje naprowadzić go na dobrą drogę, rozniecając w nim iskrę człowieczeństwa. Skoncentrowany jedynie na pokonywaniu dalszej drogi, ojciec nie ogląda się za siebie, porzucając być może jedyną szansę na ocalenie…
Peter F. Hamilton, „Pustka: Sny”, tom I trylogii „Pustka”
- A jaka jest obecnie definicja „ludzi”? Elewaci? Awangardowie? Naturalni? A co z Rojem? Azyl Huxleya miał regulowane społeczeństwo funkcjonujące blisko półtora tysiąca lat. Wszyscy jego członkowie są ograniczeni, zdeterminowani genetycznie, a mimo to trzymają się mocno, populacja jest zdrowa i szczęśliwa. W takim razie powiedz mi otwarcie i jasno: kto z nas zwyciężył w wyścigu ludzkości?
Alastair Reynolds, „Otchłań Rozgrzeszenia”
Jakaż to książka powstać może, gdy do pisania zabiera się doktor astronomii? Zapewne jakaś naukowa tyrada niezrozumiała dla większości normalnych ludzi. Jednak nie w tym przypadku. Alastair Reynolds, doktor astronomii prosto z Walii, przedzierzgnął się bowiem w pisarza fantastyki. Nie dziwi zatem, że jest to fantastyka naukowa – prawdziwe hard science fiction. Dziwić może jedynie, że poza wszystkim, co ten odłam nam oferuje, czyli, powtarzając za Piotrem Kasprowskim z jego książki zatytułowanej: „500 zagadek z fantastyki i science fiction”, między innymi opieranie się na rzetelnych podstawach naukowych i na ich podstawie antycypowanie przyszłości, dostajemy także świetny pokaz umiejętności i warsztatu pisarskiego Reynoldsa, a są one nieprzeciętne. I głównie dzięki temu „Otchłań Rozgrzeszenia”, dostępna w Polsce dzięki wydawnictwu MAG, bo o niej właśnie jest mowa, plasuje się wysoko na tle innych pozycji z tego nurtu.
XXVII wiek. Ludzkość rozprzestrzenia się po galaktyce, jednak nie jest to ludzkość taka, jaką znamy. Dzięki rozwojowi nauki, a zwłaszcza inżynierii genetycznej, podzieliła się na kilka podgatunków. Mamy więc, obok standardowych ludzi linii głównej, między innymi Hybrydowców, Ultrasów (i nie chodzi tu o kibiców sportowych), a nawet zmodyfikowane świnie. Okazuje się, że obecnie jesteśmy sami we wszechświecie, choć nie zawsze tak było. Na różnych planetach odkrywane są szczątki kilku wymarłych kultur, jak się okazuje, zniszczonych przez tajemniczą armię maszyn rodem prosto z otchłani kosmosu, która z jakiegoś powodu nie chce dopuścić do egzystencji cywilizacji na poziomie wystarczającym do skolonizowania wszechświata. Przyszła kolej na ludzi – Inhibitorzy (bo tak nazwana została ta armia) niszczą kolejne układy planetarne. Czy skończy się to zagładą ludzkości? Być może nie, bo istnieje jeszcze trzecia siła, która mogłaby wspomóc nas w walce z najeźdźcami. Lecz jaka będzie cena za taki sojusz?
Po raz kolejny można się przekonać, że ważna jest nie tylko ciekawa, oryginalna historia, ale również w tym samym stopniu, umiejętność jej przedstawienia. Reynolds „sprzedaje” swoją opowieść w sposób błyskotliwy, przemyślany, wymagający tyleż dobrego konceptu i umiejętności pisarskich, co ciężkiej pracy. Czytając, myślałem nad chwytliwymi porównaniami i metaforami obrazującymi układ i kompozycję powieści. Przychodzi mi na myśl skomplikowana, a jednak nie chaotyczna mozaika; olbrzymia figura ułożona z kostek domina – czytelnik ma szansę pchnąć początkowe elementy z różnych stron i obserwować, jak perfekcyjnie ułożone klocki przewracając się, odsłaniają wspaniały obraz; marynarski węzeł, laikowi wydający się przypadkowym zapętleniem liny, a w rzeczywistości służący konkretnym celom, dzięki takiemu, a nie innemu ułożeniu; wreszcie muzyka polifoniczna, nakładanie się na siebie muzycznych tematów i motywów, tak trudna do wykonania, a dająca tak wiele artystycznych wrażeń zarówno melomanom, jak i samym wykonawcom. „Otchłań Rozgrzeszenia” to powieść wielowątkowa, choć nie rozłazi się na wszystkie strony. Akcja toczy się na różnych światach, w różnym czasie (ponad sto lat różnicy, ale cóż to jest w realiach podróży podświetlnych i hibernacji!), a wydarzenia oglądamy z perspektywy różnych bohaterów. Różnorodność płaszczyzn może przytłaczać, ale są one niczym dopływy rzeki – niektóre zostają wchłonięte przez jeden z dwóch głównych wątków, łączą się ze sobą, rozdzielają, a wszystko zmierza ku wspólnemu finałowi. Reynolds w każdym rozdziale serwuje nam niewielkie fragmenty z każdego z aktualnie prowadzonych wątków, początkowo nie ma to wielkiego sensu, jednak w miarę czytania okazuje się, że nakładają się one na siebie, mimo że dzieli je czas i przestrzeń. Jednocześnie, są prowadzone w taki sposób, by nie popsuć czytelnikowi zabawy – dla przykładu: dwójka bohaterów prowadzona w odległych wątkach potrafi się okazać jedną i tą samą osobą.
Do wydania również nie można się za bardzo przyczepić. Może i nie zdobędzie głównej nagrody w konkursie na Najpiękniejszą Książkę Roku, ale dla mnie, jako czytelnika nałogowego, liczą się głównie względy pragmatyczne – MAG oferuje nam prawie osiemset stron, w jednym, konkretnym woluminie, który nie rozłazi się przy szerszym otwarciu, a wszystko to w schludnej, prostej okładce i przyzwoitej, biorąc pod uwagę zawartość, cenie. Warto także zwrócić uwagę na tłumaczenie, gdyż jest to hard, a nawet chwilami very hard SF, w dodatku pisana przez osobę, która ma z nauką wiele wspólnego i potrafi snuć dosyć skomplikowane futurystyczne wizje, używając przy tym wielu niełatwych zwrotów. Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski spisali się w tej materii bardzo dobrze i potrafili przetłumaczyć to wszystko tak, by nie była to zupełnie czarna magia nawet dla czytelnika, który nie wie nic na temat teorii wszechświatów równoległych, uzbrojenia czy systemów maskujących przyszłości i innych ciekawych nowinek.
Wydawnictwo zapewnia, iż mimo że „Otchłań Rozgrzeszenia” jest kontynuacją poprzednich powieści Reynoldsa, można ją czytać zupełnie niezależnie. Cóż, to prawda. To mój pierwszy kontakt z twórczością autora, niemniej (jeśli nie padnę trupem w ciągu następnych kilku tygodni), na pewno nie ostatni. Cieszyć i dumą napełniać może fakt, że logo QFantu widnieje na okładce wśród patronów medialnych – „Otchłań Rozgrzeszenia” Alastaira Reynoldsa jest niewątpliwie godna polecenia.
Korekta: Natalia Bieniaszewska
Miroslav Žamboch, "Łowcy"
Dobrego autora rozpoznaje się po tym, że nigdy nie stoi w miejscu. Rozwój jest bardzo ważną rzeczą, jeśli się tworzy – schemat zabija kreatywność. Pierwsze książki Žambocha były bardzo schematyczne, szczególnie, jeśli chodzi o głównych bohaterów: brzydcy jak noc, potężni fizycznie, egzystujący na granicy dobra i zła. Od wydanej w ubiegłym roku przez Fabrykę Słów "Wylęgarni" schemat zaczął się zmieniać. Otwierając jednak "Łowców" nie spodziewałam się aż takiego przeskoku!
Andrzej Pilipiuk, "Operacja Dzień Wskrzeszenia"
W roku 2012 Polska, jak większość państw na Ziemi, dysponowała bronią atomową, której posiadania zabraniały międzynarodowe konwencje. Wystarczyło więc, że grupa terrorystów opanowała jedną z polskich wyrzutni i odpaliła rakiety, by doprowadzić do III wojny światowej. Wojny atomowej, w wyniku której śmierć poniosły ponad cztery miliardy ludzi, a Ziemia stała się nuklearną pustynią.
Star Wars Antologia Fanów 2009
Kiedy w maju 2005 roku na ekrany kin zawitał ostatni epizod gwiezdnej sagi George’a Lucasa, wielu ludzi przewidywało rychły koniec uniwersum Star Wars i powolny spadek jego popularności na całym świecie. Stało się jednak zupełnie odwrotnie, co dobrze było widać choćby w naszym kraju. Na dowód tego oddajemy w Wasze – tak zagorzałych, jak i początkujących fanów, ale także osób umiarkowanie bądź tylko lekko zainteresowanych Gwiezdnymi Wojnami – ręce specjalną, zupełnie darmową publikację pod tytułem Star Wars Antologia Fanów 2009.














































