Agnieszka Krawczyk, „Noc zimowego przesilenia”-[FRAGMENT]

Agnieszka Krawczyk, "Noc zimowego przesilenia"-[FRAGMENT]


Listopad 1937

Luxtorpeda z Warszawy do Zakopanego zahamowała na peronie krakowskiego dworca. Z luksusowego wagonu, mogącego pomieścić zaledwie sześćdziesiąt osób, wysiadł mężczyzna. Był jedynym pasażerem opuszczającym pociąg w Krakowie – reszta jechała dalej, spragniona zimowych rozrywek w stolicy Tatr. Podróż zabrała mu zaledwie cztery godziny i choć bilet słono kosztował, mógł sobie pozwolić na taki wydatek. Był to wysoki, chudy człowiek o zwracającym uwagę wyglądzie. Miał na sobie czarne, jakby żałobne ubranie, a w jego nadmiernie pociągłej, bladej twarzy było coś drapieżnego, co kazało ludziom odwracać wzrok, gdy tylko napotkali jego przenikliwe spojrzenie.

Mężczyzna niechętnie porzucił ciepły wagon, wychodząc na zalaną deszczem i zasnutą mgłą ulicę. Skinął na fiakra i kazał się wieźć na ulicę Szewską.

Przez całą drogę nie odzywał się i niechętnie wysiadł z dorożki już na miejscu. W bramie domu otrzepał starannie płaszcz z drobinek deszczu, które osiadły na angielskiej wełnie jak srebrzysta mgła. Elektryczna żarówka przygasała co chwilę, słabo oświetlając korytarz i schody. Zmierzał na pierwsze piętro, tam gdzie na ciężkich dębowych drzwiach widniała tabliczka „Julian Orwat – specjalista telegnozji, członek Brytyjskiego Towarzystwa Badań Psychicznych”. Przybysz uśmiechnął się lekko, czytając wizytówkę, po czym mocno zapukał do drzwi.

Po niedługiej chwili otworzyła mu kobieta w średnim wieku, o stroskanym wyrazie twarzy. Była bardzo szczupła, wręcz nienaturalnie, co dodatkowo podkreślały ciemna suknia i gładko uczesane czarne włosy.

Mężczyzna zdjął z uszanowaniem kapelusz i odezwał się głębokim głosem, w którym pobrzmiewał obcy akcent:

– Czy zastałem pana Orwata?

Kobieta przyjrzała mu się uważnie, mrużąc jednocześnie oczy i marszcząc czoło w sposób charakterystyczny dla krótkowidzów, którzy – czy to z próżności, czy ze zwykłego zapomnienia – nie noszą szkieł.

– Pan był umówiony?

Mężczyzna pokręcił przecząco głową.

– Nie, proszę pani, nie byłem.

Kobieta okazała lekkie zniecierpliwienie.

– Brat nie przyjmuje nikogo bez wcześniejszego uzgodnienia. Jak pan wie, prowadzi teraz wiele trudnych spraw i nie może rozpraszać uwagi.

– Tak, wiem… – odpowiedział przybysz cierpliwie. – Mam jednak list polecający od pułkownika Prystora… Wiem, że razem z pani bratem studiowali w Dorpacie. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wydobył zeń kopertę z sejmową winietką.

– Od pana premiera? – powiedziała z niedowierzaniem kobieta, a nieznajomy skinął głową. Zerknęła na kaligraficzne pismo byłego szefa rządu i czym prędzej zniknęła w głębi korytarza.

Nieznajomy został sam w mrocznym i dodatkowo przytłoczonym ciężkimi meblami przedpokoju. Było to typowe krakowskie mieszkanie w kamienicy z ubiegłego wieku. Ginąca gdzieś w oddali amfilada pokojów sprawiała, że wyglądało jak niezbadany labirynt. Z korytarza prowadziło kilkoro drzwi, zapewne do różnych części mieszkania użytkowanych przez właścicieli i służbę. Wszystkie były zamknięte – poza głównymi, otwartymi na oścież, w których zniknęła siostra jasnowidza – i toczyło się za nimi jakieś niepokojące, ujawniające się w cichych szelestach życie. Nieznajomy wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, że podsłuchuje.

Kobieta wróciła, prowadząc ze sobą przystojną służącą, która natychmiast odebrała od gościa płaszcz i kapelusz.

– Brat przyjmie pana. Przez wzgląd na przyjaźń z panem premierem – powiedziała szybko, starając się spojrzeć na mężczyznę z góry, co nie było łatwe, ze względu na jego wysoki wzrost. – Proszę go jednak zbytnio nie męczyć. Brat od pewnego czasu nie jest sobą. Przykro mi to mówić, ale liczę, że pan jako bliski znajomy premiera to zrozumie – Julian ma kłopoty ze zdrowiem, bardzo szybko traci siły, często jest wyczerpany. Proszę mieć to na uwadze…

Mężczyzna skinął głową i pospieszył za nią w głąb mieszkania. Mijali różne pomieszczenia urządzone starymi, solidnymi meblami w ciemnej barwie. Co ciekawe, te mieszczańskie sprzęty nie dodawały mieszkaniu przytulności, wręcz przeciwnie, przyczajona obecność wielkich brył drewna i ciężkich aksamitnych obić potęgowała tylko nieprzyjemne wrażenie. Tak, to miejsce było nieprzyjazne i kryło jakąś tajemnicę zwiastującą rychłą katastrofę.

Nieznajomy ponownie się wzdrygnął, jakby poczuł na plecach powiew zimowego wiatru. Kobieta zamknęła za nim drzwi ostatniego pokoju. Znajdował się w olbrzymim pomieszczeniu o jednym półokrągłym boku, gdzie pod ogromnym, sięgającym podłogi oknem, z którego sączył się do pokoju jedynie jesienny zmrok, siedział starszy mężczyzna z nogami przykrytymi pledem.

– Witam, panie Nieznalski – powiedział drżącym głosem gospodarz. Przybysz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Orwat liczył sobie nieco ponad pięćdziesiąt lat, głos gasnącego staruszka nie pasował więc do osoby tak doskonale znanej ze zdjęcia opublikowanego niedawno w gazetach; stało się tak przy okazji słynnej wizji psychometrycznej, która pozwoliła na odnalezienie ważnych dokumentów rządowych.

– Dobry wieczór – odpowiedział więc ostrożnie nieznajomy, przyglądając się jasnowidzowi. Orwat miał zmęczoną twarz człowieka, który wiele wycierpiał. W tym wymizerowanym, naznaczonym chorobą lub długotrwałym osłabieniem obliczu uwagę zwracały oczy: błyszczące, żywe i czujnie utkwione w gościu.

– Co pana do mnie sprowadza? Pisze mi tutaj premier Prystor, że jest pan jego dobrym znajomym i prosi o udzielenie panu wszelkiej pomocy…

– Tak – skinął głową Nieznalski. – Znamy się bardzo dobrze z loży… – W tym momencie ułożył w charakterystycznym geście dłoń na piersi.

– Rozumiem, ale „deszcz pada” – odpowiedział szybko Orwat, wskazując służącą, która bezszelestnie wsunęła się do pokoju z herbatą. Nieznalski uśmiechnął się lekko, słysząc to przestarzałe hasło masonów, oznaczające, że w pobliżu jest profan, więc nie należy roztrząsać drażliwych kwestii.

Chwilę patrzyli w milczeniu na pokojówkę, która starannie ustawiła na stoliku filiżanki i nalała herbatę. Orwat skinął jej głową, a dziewczyna wycofała się równie cicho, jak wcześniej pojawiła.

– Nie odpowiedział mi pan na pytanie o cel wizyty…

Nieznalski poruszył się nieznacznie w fotelu, na którym usiadł.

– To delikatna i trudna sprawa – rzekł ostrożnie.

Orwat skrzywił się.

– Każda z moich spraw jest taka…

– Ale nie ta – nieoczekiwanie przerwał przybysz, a jasnowidz spojrzał na niego ze zdumieniem. Nie był przyzwyczajony, by ktokolwiek odzywał się do niego w podobny sposób. Nawykł do bojaźliwego szacunku i dyskretnej obawy, którą otaczano jego osobę. Był sławny i prawie nigdy się nie mylił. Wśród polskich jasnowidzów praktycznie nie miał sobie równych, w Europie przewyższał go zaś chyba tylko jeden Rolf Lessing. Brał wyłącznie najtrudniejsze sprawy i naprawdę niełatwo było do niego trafić czy zainteresować go swoim problemem. Polecenie byłego premiera, kogoś z wysokiej arystokracji czy finansjery, tak, to otwierało drzwi, ale cóż… Impertynencja nie gwarantowała sukcesu, wręcz przeciwnie, budziła niechęć do klienta.

Nieznalski jakby odczytał tę myśl i zrozumiał, że powodzenie jego misji wisi na włosku, bo odezwał się bardzo ugodowo:

– Proszę mi wybaczyć, zagalopowałem się. Jestem po prostu zmęczony i nieco wytrącony z równowagi. Chciałem tylko powiedzieć, że sprawa, z którą do pana przyszedłem, jest nietypowa. Tak bardzo niezwykła, że mam powody sądzić, że nigdy nie spotkał się pan z podobną.

– Zadziwia mnie pan – odparł cicho Orwat, obracając w dłoni filiżankę z herbatą. – Doprawdy budzi pan moje zainteresowanie…

– Chciałem pana prosić o coś, czego zazwyczaj pan nie robi… O wykonanie auroskopii, a ściślej, przewidzenie daty mojej śmierci.

Ręka Orwata zadrżała, gdy odstawiał filiżankę na stolik.

– Pan wie o tym, że nie wykonuję tego typu zleceń już od bardzo dawna

– Tak, wiem – powiedział przybysz. – Proszę mi wierzyć, znam doskonale pańską karierę i dokonania.Nie zwracałabym się do pana z tą prośbą, gdybym nie był przekonany jak jest ważna, również dla pana.

– Dla mnie? – zdziwił się jasnowidz. – Nie rozumiem…

Nieznalski, przycupnięty na brzegu fotela, wpatrywał się w niego nieodgadnionym wzrokiem. Z twarzą częściowo ukrytą poza zasięgiem światła lampy przypominał drapieżnego ptaka. Półmrok wyostrzał jego rysy, sprawiał, że jego oblicze niepokoiło.

– Auroskopia… – powiedział z wysiłkiem Orwat. – Odczytywanie przyszłości, stanu zdrowia z aury osoby pytającej. W skrajnych przypadkach można odkryć w ten sposób okoliczności śmierci czy przewidywaną długość życia. Niebezpieczna i bardzo wyczerpująca sztuka. Od lat tego nie robiłem, nie chciałem ryzykować…

Nieznalski nic nie mówił, po prostu czekał. Wówczas zdarzyło się coś zupełnie niepojętego. [...]

%d bloggers like this: